wtorek, 5 grudnia 2017

2. Atrament

Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, zaraz po wyjściu z namiotu kuchennego Hermiona zasypała swojego opiekuna pytaniami. O dziwo jednak każda udzielona odpowiedź była rzetelna i wyczerpująca, więc dziewczyna musiała robić w głowie dużo notatek. W końcu człowiek nigdy nie wiedział, kiedy jaka informacja mu się przyda, tym bardziej, że chodziło o jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy na świecie — pracę ze smokami.
– A zatem co będziemy dzisiaj robić? – spytała wreszcie, kiedy wyczerpała już zestaw pytań. Podskakiwała niecierpliwie w miejscu, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia pracy ze smokami; najchętniej pobiegłaby do nich już teraz, natychmiast.
Charlie tylko się uśmiechnął, widząc jej ekscytację. Sam pewnie też się tak cieszył, kiedy miał rozpocząć pracę w Instytucie, więc potrafił to zrozumieć.
— Już chętna do pracy, huh? No dobrze. Mam dzisiaj przydział do pracy z małymi smokami, więc… hej, hej, nie rozpędzaj się tak! Wiem, że jesteś podekscytowana, ale nadgorliwość też prowadzi do piekła.
Zatrzymała się, nieco speszona.
— Przepraszam.
— Nic się nie stało. W twoim wieku też taki byłem. — Puścił do niej oko. — Spodoba ci się ta praca, zobaczysz. Małe smoki są naprawdę słodkie, ale trzeba uważać, bo już potrafią zionąć ogniem i niestety można oberwać nie gorzej niż od dorosłego osobnika. Nie będziemy u nich zbyt długo, bo najpierw muszą się do ciebie przyzwyczaić.
— Ile małych smoków jest w Instytucie?
Hermiona szła teraz równo z Charliem, który prowadził ich znaną sobie drogą, klucząc pomiędzy namiotami. Najwyraźniej ulokowano małe smoki gdzieś na tyłach Instytutu.
— Obecnie pięć, różnych ras, i do tego mamy trzy jaja, z których jeszcze się nic nie wykluło, ale myślę, że nastąpi to na dniach. Będziesz miała okazję zobaczyć, jak to wygląda, choć akurat w tej kwestii podręczniki są dość dokładne.
— Zobaczyć na żywo to coś innego niż przeczytać o tym w książce.
— Mówisz z doświadczenia, huh? — Charlie zerknął na nią przelotnie, po czym zwrócił się w stronę niepozornego namiotu z brązowego brezentu, łatanego tu i ówdzie. Odsunął zasłonę i przytrzymał ją, żeby Hermiona mogła przejść. — Zapraszam, panie przodem.
Choć pozornie namiot nie grzeszył rozmiarami, to jednak od wewnątrz był całkiem spory i stało się jasne, że użyto na nim zaklęcia powiększającego, jak chyba na większości obiektów na terenie Instytutu.
— Nie możemy przekroczyć wyznaczonej nam powierzchni — wyjaśnił Charlie, widząc wzrok Hermiony. — Dlatego używamy czarów, żeby powiększyć wszystko, co się da. Niestety, prawo rumuńskie nie pozwala nam na za wiele.
Podeszli do białej balustrady przedzielającej namiot dokładnie na dwie równe części. Dochodziły zza niej basowe pomruki oraz popiskiwanie, ale same maluchy ukazały się Hermionie dopiero wtedy, gdy wyjrzała na ogrodzony teren.
Pięć małych smoczątek najwyraźniej postanowiło urządzić sobie dziką gonitwę, bo biegały dokoła zagrody i gdy któremuś udało się dogonić jednego z towarzyszy, podgryzał mu ogon. Bawiły się zupełnie jak małe dzieci.
— Nie zrobią sobie nawzajem krzywdy? — spytała dziewczyna, gdy Charlie stanął obok.
— Nah, to jeszcze małe smoki, nie wiedzą jeszcze w pełni, kogo nie powinny lubić, więc bawią się ze wszystkimi. Nie mają jeszcze dobrze rozwiniętego instynktu. Poniekąd też dlatego najłatwiej jest się z nimi zaprzyjaźnić właśnie na tym etapie. Chodź, tylko uważaj, bo lubią zionąć ogniem. Lepiej tego unikaj.
Otworzył furtkę prowadzącą do środka zagrody i przepuścił Hermionę przodem.
— Co mam zrobić? — spytała nieco zestresowana Gryfonka, gdy smoki zaprzestały zabawy, żeby z ciekawością przyjrzeć się intruzom, zwłaszcza nieznanej im dotąd dziewczynie. Powoli, ostrożnie podchodziły coraz bliżej, węsząc.
— Przykucnij. Powoli. Pozwól im się obwąchać, w tej kwestii są trochę jak psy. Rozłóż dłonie, mogą je polizać. Jeśli zaczną się łasić i turlać po podłodze, to znaczy, że cię zaakceptowały. Wtedy będziesz mogła ich dotknąć i się z nimi pobawić, ale pamiętaj, że już potrafią zionąć ogniem i bardzo to lubią.
— A jeśli mnie nie zaakceptują?
— Wtedy będziesz musiała stąd wyjść. Ale nie stresuj się, nie sądzę, żeby do tego doszło. Są jeszcze dość ufne.
Hermiona zdecydowała, że na razie może zaufać słowom Charliego i powoli przykucnęła, wciąż obserwując podchodzące bliżej smoki. Nie chciała ich przestraszyć. Wreszcie znalazła się w takiej pozycji, że gdyby chciała, mogłaby wyciągnąć rękę i dotknąć najbliższego zwierzątka, młodego walijskiego smoka. Patrzył na nią ufnie swoimi dużymi, brązowymi oczami i Hermiona od razu poczuła chęć pogłaskania go po głowie niczym kota. Ostrożnie wyciągnęła rękę, pozwalając, żeby zwierzę ją obwąchało i ostatecznie się same do niej przytuliło. Dopiero wtedy dziewczyna odetchnęła z ulgą, mogąc już bez obaw dotknąć smoczych łusek. Wtedy, jak na komendę, pozostałe smoki również do niej przydreptały. Jeden był nawet na tyle odważny, że wskoczył na jej kolana i tam się ulokował, cicho pomrukując.
— Więc mnie zaakceptowały? — spytała cicho Hermiona, kiedy Charlie przykucnął obok niej. Do niego smoki zaczęły się łasić od razu, na pewno już go poznawały.
— Tak. — Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. — Możesz się z nimi pobawić, jeśli chcesz. Tylko uważaj na…
— Ich ogień, tak, wiem. Nie jestem małą dziewczynką.
Hermiona przewróciła oczami, dokańczając wypowiedź Charliego, i pogłaskała smoka wciąż śpiącego na jej kolanach. Inny próbował się wspiąć na jej ramiona, więc odrobinę mu pomogła. W zamian otrzymała przyjazne liźnięcie szorstkim językiem. Para nieco mniejszych smoków zaczęła się tarzać po podłodze, popiskując i krzycząc na siebie nawzajem. Ostatni, cały czarny, odszedł w stronę miski z wodą, niespecjalnie zainteresowany towarzystwem — najwyraźniej pragnienie było silniejsze niż chęć zabawy.
Charlie podał jej smocze smakołyki, więc poczęstowała nimi każdego ze smoków, nawet niezbyt skorego do zabawy czarnego. Powoli uczyła się ich imion, a one jej głosu. Jako ostatniemu podała smakołyk smokowi spoczywającemu na jej ramieniu. Pozwoliła mu nawet zlizać z jej palców resztki jedzenia. Zupełnie jednak nie spodziewała się tego, że zwierzęciu nie do końca spodoba się temperatura jedzenia i ochoczo zionie ogniem na swój kawałek, a przy okazji również na dłoń Hermiony. Zanim zdążyła nawet na niego krzyknąć, smok wyrwał jej z palców jedzenie i uciekł do kąta, niezdarnie ześlizgując się po plecach dziewczyny.
— Na Merlina — zaklęła Hermiona, choć na usta cisnęły się jej o wiele gorsze słowa. Nie czuła jeszcze bólu, choć na jej skórze już kwitła czerwona plama.
— Chodź, trzeba to opatrzyć. — Szorstki głos Charliego przywrócił ją do rzeczywistości. Mężczyzna już stał obok niej i wyciągał do niej rękę. — Wstań.
— Ale to przecież nie boli… — próbowała zaprotestować.
— Teraz nie boli, bo działa jeszcze adrenalina. Potem będzie kurewsko boleć. Wierz mi, nie chcesz tego. Chodź.
Nieco zawstydzona, że pomimo tylu ostrzeżeń nie uniknęła poparzenia, i to już pierwszego dnia swojej pracy w Instytucie, i jednocześnie wdzięczna Charliemu za to, że nie zaczął na nią krzyczeć. Przełożyła śpiącego na jej kolanach smoka na podłogę, na co zareagował skrzekliwym protestem i obrażonym spojrzeniem. Dopiero wtedy przyjęła ofiarowaną jej dłoń i wstała z pomocą Charliego.
Przeszli w milczeniu do niepozornego, białego namiotu, w którym mieściła się infirmeria. Zazwyczaj stacjonowało w niej paru magomedyków, ale tego dnia była pusta. Charlie jednak poruszał się po niej tak, jakby przebywał tutaj wiele razy. Zdawał się doskonale wiedzieć, gdzie co znaleźć. Widząc pytający wzrok Hermiony, wyjaśnił jej, że wylądował w tym miejscu niezliczoną ilość razy, czasem też się zdarzało, że na miejscu nie było nikogo, żeby udzielić pomocy, więc siłą rzeczy musiał się doskonale orientować w układzie pomieszczenia. Jego szorstki, ale poniekąd hipnotyzujący głos działał uspokajająco na dziewczynę, która już zaczynała odczuwać pieczenie rozlewające się po prawej ręce. Dłoń wydawała jej się jeszcze bardziej zaczerwieniona niż wcześniej, być może jednak było to tylko złudzenie spowodowane słabym oświetleniem. Łzy już stawały w jej oczach, ale przygryzła wargę, nie chcąc okazać słabości.
Charlie kazał jej usiąść na krześle, a sam wciąż grzebał w szafkach i wyciągał z nich jakieś rzeczy. Wreszcie jednak podszedł do dziewczyny tylko z trzema rzeczami w rękach — różdżką, słoiczkiem wypełnionym jakąś dziwną mazią oraz bandażem. Odłożył je na stół znajdujący się nieopodal, po czym przysunął sobie krzesło.
— Boli?
— Tylko trochę — odparła drżącym głosem, przełykając kłamstwo i jednocześnie próbując wyprostować palce. Najchętniej wsadziłaby rękę do lodowatej wody, żeby to pieczenie ustało choć na chwilę.
— Pokaż.
Nieco z wahaniem wyciągnęła rękę w jego stronę, dusząc krzyk, gdy Charlie musnął swoimi palcami oparzenie. Jakby wyczuwając jej ból, mężczyzna ujął jej dłoń nieco powyżej nadgarstka, w miejscu, w którym skóra nie była już czerwona. Hermiona na chwilę odchyliła głowę do tyłu, nie chcąc się przyglądać operacjom przeprowadzanym na jej ręce, ale nie mogła się powstrzymać od spojrzenia na twarz Charliego. Fascynował ją sposób, w jaki czerwone włosy opadały mu na czoło, kiedy przyglądał się jej dłoni. Starał się zachowywać bardzo delikatnie i ograniczać nacisk na jej poparzoną skórę, ale nie mógł tego uniknąć całkowicie, gdy sprawdzał stopień zniszczenia.
— To boli — wyjęczała Hermiona, teraz już nie mogąc powstrzymać łez.
— Wiem. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Jeśli chcesz, to krzycz.
Dziewczyna nie skorzystała z oferty i zacisnęła mocno wargi, naprawdę się starając, żeby nie wydać z siebie dźwięku. Wreszcie nacisk zelżał. Charlie prawą ręką wciąż podtrzymywał dłoń Hermiony, lecz wolną sięgnął po różdżkę. Zaczął szybko szeptać zaklęcia, które na pewno nie brzmiały tak samo jak te, którymi się posługiwali czarodzieje w Anglii, przypominały raczej przypadkowe słowa rzucane po rumuńsku. Pieczenie odrobinę ustało, co Hermiona przyjęła z pewną ulgą.
Różdżka powędrowała na stół, a jej miejsce zajął słoik z dziwną mazią, której składu Hermiona się tylko domyślała.
— To będzie trochę bolało — ostrzegł ją Charlie, na krótką chwilę podnosząc głowę. Ich spojrzenia się spotkały.
— Dam radę — zadecydowała. — To tylko głupie oparzenie.
Charlie posłał jej półuśmiech.
— Nawet głupie oparzenia mogą być trudne do zniesienia za pierwszym razem. Niektórzy z poskramiaczy wyli z bólu, gdy zostali poparzeni. Płakali jak małe dzieci. Nikt się nie spodziewał, że to będzie tak piekielnie boleć. Potem się człowiek uodparnia i poparzenia nie robią na nim żadnego wrażenia.
— Pocieszyłeś mnie.
— To dobrze. Także wiesz, teraz możesz krzyczeć do woli i nikt nie będzie cię za to winić.
— Raczej bym nie chciała, żeby moje krzyki usłyszało pół obozu — odparła słabo.
— Bez obaw, ten namiot jest wyciszony. Poza mną nikt tego nie usłyszy. Jesteś gotowa?
Przytaknęła, choć w gruncie rzeczy wcale nie czuła się gotowa i wciąż nie wymyśliła niczego, co mogłoby na chwilę zająć jej myśli.
— Opowiedz mi coś — poprosiła szybko, decydując się na to w jednym momencie.
— Co?
— Cokolwiek.
Już nie dodała, że nie miało znaczenia, co jej opowie, bo chodziło jej jedynie o to, żeby móc się skoncentrować na jego głosie zamiast na bólu. W życiu by jednak się do tego nie przyznała.
— Hmm. — Zastanowił się, powoli otwierając słoik. — Chcesz usłyszeć o moich pierwszych przygodach ze smokami?
— Pewnie.
— Cóż, powiem tylko, że byłem naprawdę pewny siebie, gdy przyjechałem do Instytutu. Po prostu się paliłem do tego, żeby wreszcie zacząć pracę ze smokami. Przeczytałem wszystkie książki, które o nich napisano, i naprawdę nie mogłem się doczekać pierwszego spotkania. To się aż prosiło o katastrofę. — Wsłuchana w jego opowieść Hermiona nawet nie zauważyła, że maść już zetknęła się z jej skórą. — Tak się akurat złożyło, że tego dnia była potrzebna pomoc przy dorosłych smokach, więc nie przeszedłem inicjacji przy maluchach, tylko od razu rzucili mnie na głęboką wodę. Naprawdę mnie to wtedy ucieszyło, myślałem, że będę mógł się wykazać. Oczywiście, oberwałem mocno po dupie.
— Auć!
Tym razem ból, który przeszył jej dłoń, był na tyle silny, że nie potrafiła go zignorować. Wyrwała rękę z uścisku Charliego i schowała ją za plecami, wciąż się krzywiąc.
Mężczyzna jedynie na nią spojrzał, przechylając głowę. Hermiona nie potrafiła zidentyfikować tego, co zobaczyła w jego oczach.
— Proszę, daj mi rękę.
— Nie.
— Wiem, że to boli, ale musisz zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze te parę minut, bo nie mam zamiaru odpuścić, a wolałbym nie siedzieć tutaj do świtu.
— Nie — zaprotestowała. — Nie chcę.
— To poboli tylko przez chwilę, a potem przestanie, oparzenia się same zagoją. Inaczej będzie cię to ciągle boleć. No dalej, jesteś przecież dużą dziewczynką, prawda?
Przewróciła oczami. Nie cierpiała, gdy ktoś ją nazywał dziewczynką, nawet jeśli dużą. Była już pełnoletnia, do licha!
— Nie jestem małą dziewczynką, Charlie!
W odpowiedzi się tylko uśmiechnął i wyciągnął dłoń, czekając, aż Hermiona mu poda własną. Zrobiła to bardzo niechętnie i tylko dlatego, że ona też nie chciała siedzieć w tym namiocie zbyt długo.
— Mówiłem ci, że możesz krzyczeć. To naprawdę pomaga. I na pewno jest lepsze niż wyrywanie mi ręki. — Tym razem trzymał jej dłoń nieco mocniej, jakby się obawiał, że powtórzy swój wyczyn. Spokojnie zaczął znowu wcierać maść w jej skórę, zataczając równe okręgi. — Powstrzymywanie się od płaczu to też kiepski pomysł. Płacz, jeśli to ci pomoże.
Na kilka sekund ból się nasilił, żeby wreszcie powoli zniknąć, zastąpiony przez zmęczenie oraz spokój niesiony przez dotyk palców towarzysza Hermiony. Wciąż ze śladami łez na policzkach dziewczyna zamknęła oczy i otworzyła je dopiero wtedy, gdy bandaż już został owinięty wokół jej ręki, a Charlie najzwyczajniej w świecie ją przytulił.

*

Zanotowała w zeszycie wszystkie swoje spostrzeżenia uczynione tego dnia i z westchnieniem odłożyła pióro na nocną szafkę. W namiocie było duszno i ciepło, więc Hermiona poczuła nagłą chęć wyjścia na zewnątrz.
Wzięła ze sobą kurtkę oraz pierwszą wyciągniętą z kufra książkę, która nie była podręcznikiem, i wyszła na zewnątrz.
Wiał zimny wiatr, Hermiona jednak nie od razu poczuła chłód. Narzuciła na ramiona kurtkę, a w kieszeni miała różdżkę i w razie potrzeby zawsze mogła rzucić kilka przydatnych zaklęć.
Lubiła te chwile, kiedy zimny wiatr ocierał się o jej twarz. Wreszcie mogła odetchnąć pełną piersią. Rzadko tego doświadczała, tym bardziej, że w Rumunii powietrze w niczym nie przypominało angielskiego, było bardziej rześkie, czyste. Co lepsze, na górze, ponad atramentową ciemnością, lśniły gwiazdy. Zdaniem Hermiony ten widok był o tyle niezwykły, że nieprzyćmiony światłami miasta, nieprzesłonięty brązową zasłoną.
Mrużąc oczy i wciąż wpatrując się w niebo, usiadła na ławce, przytulona do jednej ze ścian jakiegoś namiotu, najwyraźniej służącego za składzik. Momentalnie poczuła zimno przenikające przez cienki materiał; wzdrygnęła się. Kiedy jednak ciepło powróciło w okolice miejsca, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę, dziewczyna usadowiła się wygodniej, kładąc książkę na kolanach. Z jej ust wydobywały się obłoczki pary, kiedy uniosła głowę i zapatrzyła się na błyszczące gwiazdy. Rozpoznawała niektóre konstelacje — nie wszystkie, gdyż niebo w Rumunii również różniło się od nieba w Anglii. Tyle jednak wystarczyło, żeby Hermiona poczuła się jak mała dziewczynka, wciągana przez magiczny świat błysków, mlecznych spirali i fantasmagorycznych kształtów układających się na niebie.
Nagły szelest w pobliskich krzakach wyrwał ją z zadumy. Opuściła głowę i spojrzała w tamtą stronę, już trzymając w ręku różdżkę, gotowa na stawienie czoła intruzowi. Ku swojej uldze zobaczyła tylko przemykającego chyłkiem lisa. Roześmiała się z ulgą i schowała różdżkę, chociaż adrenalina dalej krążyła w jej żyłach.
Zatopiła się już w lekturze przyniesionej książki, kiedy ławka, na której siedziała, zatrzeszczała pod czymś ciężarem. Wystraszona upuściła tom, a różdżkę skierowała w stronę przybysza. Szybko się pozbierała, gdy zobaczyła, że zna intruza — przynajmniej z widzenia. Wymamrotała zaklęcie, po którym niebieskie światło na końcu jej różdżki zgasło.
Emily. Kobieta, która pojawiła się w namiocie razem z Paulem i Charliem, opiekunka Daniela.
Hermiona nie miała dotychczas okazji, żeby się jej przyjrzeć uważniej, a teraz, w ciemnościach, widziała tylko jej profil oraz opadające do ramion loki. Obiecała sobie, że następnego dnia zwróci na poskramiaczkę większą uwagę i zorientuje się, jak ona właściwie wygląda. Wiedziała jedno: kobieta była od niej wyższa o dobre sześć cali.
— Coś się stało? — spytała zaciekawiona powodem, dla którego Emily zdecydowała się do niej dołączyć.
— Czy coś się stało? — Emily parsknęła, jakby niedowierzając, że Hermiona może w ogóle o coś takiego pytać. — Tak, stało się! Stało się to, że wchodzisz mi w paradę!
— Słucham?
Hermiona w jednej chwili ucieszyła się, że nie schowała z powrotem swojej różdżki. Zacisnęła dłoń na jej trzonku, ale zachowywała jeszcze spokój. To Emily zdawała się tracić panowanie nad sobą.
— Nie wiem, co próbujesz osiągnąć, grając niewinną, ale ze mną ci się to nie uda, nie jestem pierwszą lepszą naiwną panienką i nie dam się zwieść!
— O co ci w ogóle chodzi? — spytała osłupiała Hermiona. — Naprawdę nie mam pojęcia, o co ci w ogóle chodzi i o czym mówisz.
— Nie zgrywaj idiotki! — żachnęła się Emily, nagle zaciskając dłonie w pięści. Chociaż w okolicy nie było zbyt wiele światła, Gryfonka mogła dostrzec na twarzy swojej towarzyszki czystą nienawiść. Kobieta przypominała w tej chwili buldoga, który w każdej chwili może zaatakować. — Mówię o Charliem, a o kim innym?! Może flirtujesz na boku jeszcze z nimi, co?!
Zdumienie Hermiony wzrosło jeszcze bardziej, ale umysł dziewczyny już pracował, usiłując rozwiązać łamigłówkę, którą postawiła przed nim Emily.
— Chyba oszalałaś — wypaliła, zanim zdołała powściągnąć język. Jej słowa tylko jeszcze bardziej rozwścieczyły Emily.
— Jak śmiesz! Jesteś w Instytucie tylko jeden dzień, a już się panoszysz, jakbyś była poskramiaczką z pięćdziesięcioletnim stażem! Jesteś nikim i jak dla mnie smoki mogą cię nawet pożreć!
— Wytłumaczysz mi wreszcie, o co ci chodzi? — Cierpliwość Hermiony wreszcie dobiegła końca. — Nie mam zamiaru się z tobą szarpać, nawet nie wiedząc, o co mnie oskarżasz. Nie wiem, co sobie wbiłaś do głowy, ale Charlie jest tylko moim opiekunem i z nikim na boku nie flirtuję.
Emily zerwała się z ławki, oburzona i rozsierdzona jeszcze bardziej niż na początku.
— Tylko opiekunem?! Tylko opiekunem?! Widziałam was razem w namiocie magomedyków. To na pewno nie było zachowanie typowe dla opiekuna i jego uczennicy!
Hermiona zrozumiała teraz wszystko i nie mogła się powstrzymać przed zachichotaniem. Zaraz jednak spoważniała, wiedząc, że to nie pora na śmiech.
— Serio, Emily? To jakiś absurd! Oceniasz mnie na podstawie jednej sceny, którą widziałaś? Sparzyłam się, Charlie mi tylko opatrzył rękę, nic więcej. W porządku, może Charlie zachował się nieco nadopiekuńczo, ale to wszystko. — Wzruszyła ramionami. — Przecież w ogóle go nie znam. Twoje oskarżenia są absurdalne!
— Wiem, co widziałam, więc nie próbuj mi wmówić, że…
— A przyszło ci może do głowy, że nadinterpretujesz? — weszła jej w słowo Hermiona, teraz już też wstając i krzyżując ręce na piersi. — Rozumiem, że jesteś o mnie zazdrosna, ale nie masz do tego powodu, więc przestań mnie oskarżać o coś, czego nie zrobiłam.
— Pocałował cię!
— Tak, w czoło! Na Merlina, Emily, to naprawdę jest śmieszne. Do niczego między nami nie doszło, a ty zachowujesz się niedojrzale. Proszę, uspokój się. Nie mam zamiaru słuchać całą noc bezpodstawnych oskarżeń. Jeśli ci na nim zależy, to weź się w garść zamiast się zachowywać jak histeryczka i zazdrośnica.
Słowa Hermiony przyniosły skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego, bowiem Emily, nie bacząc na nic, rzuciła się na dziewczynę. Obie upadły na ziemię. Kobieta rzucała się, drapała i kopała wszędzie tam, gdzie mogła dosięgnąć, a Hermiona walczyła o to, żeby się spod niej wydostać albo chociaż dobyć różdżki. Po jej szyi cienkim strumyczkiem spływała krew z zadrapań będących dziełem szalejącej Emily. Wreszcie Gryfonce udało się kopnięciem zrzucić z siebie przeciwniczkę i podnieść się z ziemi. Bolały ją płuca, przygniecione ciężarem ponad stu funtów, oparzona ręka też dała o sobie znać. Dziewczyna ciężko oddychała, ale jej dłoń nie drżała, kiedy wypowiadała zaklęcie paraliżujące. Emily znieruchomiała na ziemi i tylko jej ciemne oczy wskazywały na to, że gdyby mogła, zabiłaby Hermionę na miejscu.
— Trzymaj się ode mnie z daleka — poleciła jej przez zaciśnięte zęby Gryfonka. — Przysięgam, że następnym razem, kiedy będziesz mnie oskarżać o romansowanie z kim popadnie albo się na mnie rzucisz, nie potraktuję cię tak łagodnie. Możesz mi wierzyć, znam parę stosownych zaklęć i nie zawaham się ich wypróbować. Czy się rozumiemy? Doskonale.
Dokładnie ten moment wybrał Paul, żeby się pojawić na miejscu walki. Wyglądał na rozbawionego i Hermiona odniosła nieprzyjemne wrażenie, że poskramiacz czekał na odpowiedni moment na ujawnienie się.
— Dobry wieczór, drogie panie — rzucił jak gdyby nigdy nic, chociaż jego wzrok prześlizgnął się po sylwetce Emily, na pewno też zauważył rany bojowe zdobiące twarze obu kobiet. — Piękną mamy noc, nieprawdaż?
— Przepiękną — odparła sarkastycznie Hermiona. — Czy ty też przyszedłeś tutaj w jakimś konkretnym celu czy przypadkiem zabłądziłeś?
Paul obdarzył ją szerokim uśmiechem.
— Zabłądziłem, oczywiście. Potrzebujesz może pomocy?
— Nie, dzięki. Zdaje się, że już rozwiązałam problem.
— Nie o tym mówiłem. Krwawisz.
— To nic takiego, rzucę parę zaklęć i nie będzie nawet śladu. Zamierzasz komuś powiedzieć o tym, co widziałeś?
— Ja? A co takiego widziałem? — spytał niewinnie. — Ja absolutnie nic nie widziałem. Możesz iść się zająć swoimi ranami, kochana, ja tu posprzątam ten bałagan.
Hermiona zawahała się, ale ostatecznie rzuciła mu tylko ostrzegawcze spojrzenie i zrezygnowana odeszła w stronę swojego namiotu, raz jeszcze zanurzając się w atramentową ciemność.
Wciąż nie wiedziała, czy powinna ufać Paulowi, ale nie mogła się już cofnąć. Miała tylko nadzieję, że mężczyzna nie pobiegnie na skargę do dyrektora Instytutu i nie rozpowie wszystkim, co się wydarzyło w nocy. W gruncie rzeczy to Emily powinna się wstydzić, a nie Hermiona, ale Gryfonka nie mogła sobie wybaczyć tego, że dała się zaskoczyć i nie powstrzymała w porę ataku. Już nie mówiąc o tym, że za coś takiego mogliby ją wyrzucić z Instytutu — tak na dobrą sprawę nie miała żadnego dowodu, że to Emily się na nią rzuciła. Nie licząc, oczywiście, Paula, lecz i w jego przypadku Hermiona nie mogła być całkowicie pewna, nie wiedziała wszakże, co mężczyzna zobaczył i w którym momencie właściwie się zjawił. Miała nadzieję, że wszyscy zainteresowani będą milczeć, a sprawa nie ujrzy światła dziennego.
Oskarżenia Emily wciąż dźwięczały w jej uszach, kiedy za pomocą mamrotanych ledwo słyszalnie zaklęć leczyła swoje rany. Dawno nie słyszała większych bzdur, jednak teraz bardziej zastanowiło ją zachowanie poskramiaczki. Była opętana zazdrością o Charliego, to na pewno. Do tego mogła być odrobinę niezrównoważona psychicznie. Straciła panowanie nad sobą zadziwiająco szybko i nie chciała słuchać żadnych wyjaśnień.
Oglądając nieuważnie swoje poparzone ramię, postanowiła, że dowie się od pracowników Instytutu czegoś więcej o Emily. Chciała lepiej zrozumieć powody, dla których kobieta ją zaatakowała i czy cokolwiek więcej łączy ją z Charliem. W międzyczasie musiała się od niej trzymać z daleka — nie chciała z nią kiedykolwiek ponownie zostać sam na sam.
Z głową pełną niespokojnych myśli położyła się wreszcie do łóżka.

*

Podczas jej pierwszej nocy spędzonej w Rumunii Hermionie śniły się smoki. Nie były to te same, którymi się dzisiaj zajmowała, lecz o wiele większe, bez żadnego wysiłku trzepoczące ogromnymi skrzydłami i unoszące się ku niebu. Przypominały jej trochę olbrzymie jastrzębie, jak one pikujące w dół w pogoni za jakąś zwierzyną. Bardzo się różniły od smoków z Instytutu; były po prostu wolne, dzikie, nieograniczone ścianami klatki, natomiast rumuńskie smoki zostały obłaskawione i poniekąd udomowione. Te, które Hermiona wyglądała, wyglądały majestatycznie, jak królowie przestworzy.
Jeden ze smoków potrącił jej dłoń pyskiem, więc odwróciła się do niego, nieco zdumiona, ale bez strachu wyciągnęła w jego stronę dłonie. Delikatnie pogłaskała jego pysk, przesuwając palce po miękkich łuskach, a smok zdawał się coraz bardziej do niej przymilać, zupełnie jak kot. Uśmiechnęła się szeroko.
Smok jednak nie zamierzał na tym poprzestać, bo wskazał Hermionie swój grzbiet. Spojrzała na niego niepewnie, zastanawiając się, czy dobrze zinterpretowała ten gest, ale wtedy zwierzę popchnęło ją pyskiem. Nieco z wahaniem wdrapała się na górę i przylgnęła mocno do smoczego tułowia, wiedząc, że to nie będzie łagodna jazda. Smocze łuski były dość miłe i ciepłe w dotyku, co ją zaskoczyło, bo sądziła, że będą zimne, jak u wszystkich gadów.
Smok łagodnie uniósł się w powietrze, jakby ze względu na Hermionę nie czyniąc tego zbyt gwałtownie. Wkrótce dziewczyna przestała się go trzymać aż tak kurczowo i odchyliła się nieco, żeby podziwiać widoki rozciągające się w dole. Musiała przyznać, że to było naprawdę oszałamiające, te wstęgi rzek rozbłyskujące w słońcu, szachownice pól i lasów, góry wyglądające jakby ustawione z kart, domki jakby zbudowane z klocków Lego, łąki z soczyście zieloną trawą. Wszystko oglądane z tej perspektywy wydawało jej się niesamowicie małe. Stojąc pewnie na ziemi, nigdy nie sądziła, że wielkość obiektów dokoła niej może być tylko złudzeniem. Nigdy nie miała okazji lecieć samolotem, a latania na miotle wprost nienawidziła, więc tak na dobrą sprawę teraz mogła po raz pierwszy przekonać się, ile naprawdę traci.
Roześmiała się, kiedy smok zatoczył łuk i obniżył nieco lot, żeby teraz przelecieć ponad majestatycznymi górami, teraz już o wiele bliższymi. Nawet o tej porze dnia były już przykryte śniegiem i Hermiona zadrżała z zimna.
Smok chyba to poczuł, bo zniżył lot jeszcze bardziej, więc teraz lecieli wprost nad rzekami i polami. Ciepły wiatr musnął twarz Hermiony i dziewczyna musiała odgarniać włosy na bok. Odważyła się jednak na tyle wychylić zza smoczego tułowia, żeby wyciągnąć dłoń w dół i musnąć nią krystaliczną wodę.
Wreszcie, ku rozczarowaniu Gryfonki, smok opadł całkowicie na ziemię. Cudowna przygoda się kończyła, stwierdziła dziewczyna z oszołomieniem. Poklepała smoka po szyi, dziękując mu za wspólną wyprawę i za pokazanie jej takich cudów, po czym ześlizgnęła się z jego grzbietu. Gdy stała już na ziemi, smok otrząsnął się, jak mokry pies z wody, rozłożył skrzydła i odleciał, tym razem nie przejmując się tym, żeby lecieć łagodnie. Po chwili dołączył do swoich towarzyszy, hen, wysoko w powietrzu, i razem odprawili jakiś zwariowany taniec radości. Przynajmniej tak się Hermionie wydawało.
Potem nagle otworzyła oczy i znalazła się w całkowitych ciemnościach swojego namiotu. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy naprawdę jej się to tylko przyśniło, bo ta cudowna kraina pełna smoków wydawała się zbyt piękna, żeby być prawdziwa. To aż bolało.

Przepraszam Was za tak długą przerwę – Wena była dla mnie bardzo niełaskawa. Miałam tę scenę z Emily w głowie już od jakiegoś czasu, ale ciągle nie mogłam jej przelać na klawiaturę. Mam jednak nadzieję, że scena z Charliem wynagrodziła Wam czekanie. Nacieszcie się, bo jeszcze trochę wody w rzece upłynie, zanim pozwolę im na taką słodycz. XD Pozdrawiam cieplutko i serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze pod pierwszym rozdziałem, rozgrzały moje serduszko. <3 A, zapomniałabym: kolejny rozdział będzie po świętach, ale myślałam o skrobnięciu jakiejś świątecznej miniaturki – chcecie? :D

9 komentarzy:

  1. Jej! Weszłam przypadkiem i widzę nowy rozdział :D już biorę się za czytanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowe rozdziały są chyba zawsze dobrze widziane. :D

      Usuń
  2. Generalnie mnie się podoba, dobry klimat, smoki sa magiczne nawet jak na ten świat. Charlie już zaskarbił sobie moja sympatie. Jedyne, co mi się nie podobało, to to, ze atak tej emily nastąpił tak szybko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, ale nie chcę zanadto rozwlec tego opka i się rozpisywać, bo skończę jak z Tańcem. XD NBS ma mieć koło 20-25 rozdziałów, więcej na pewno nie, inaczej będę pisać wszystkie swoje opka jeszcze przez dwadzieścia lat. :D
      Cieszę się, że Ci się podoba!

      Pozdrawiam ciepło
      Katja

      Usuń
  3. Masz jakiś wyznaczony dzień w którym zawsze wstawiasz rodział? XD czy raczej muszę wchodzić jak mi się przypomni przypadkiem ten blog?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam, ale się teraz kompletnie nie wyrabiam z pisaniem rozdziałów, więc polecam opcję obserwowania bloga, bo wtedy na liście czytelniczej się wszystko ładnie pojawia. :D Jest jeszcze chyba opcja wysyłania powiadomień na samego maila, ale musiałabym to sprawdzić. :D Jeśli Ci na tym zależy, to mogę Ci skrobnąć maila, jeśli coś się pojawi. :D

      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
    2. Ale nie porzucisz bloga, nie?

      Usuń
    3. Nieee! Nie śmiałabym :D

      Usuń
  4. No, no Charlie jaki opiekuńczy :D Nie lubię tej Emily, a Paula coraz bardziej ;D Czekam z niecierpliwością na nową notkę ;)
    Pozdrawiam i życzę dużo weny oraz czasu na pisanie!

    OdpowiedzUsuń