Blogspot do reszty się popsuł, a Noc już od dłuższego czasu publikuję na Wattpadzie. Inne moje prace też tam są i zamierzam dodać kolejne, więc serdecznie zapraszam!
czwartek, 22 listopada 2018
czwartek, 16 sierpnia 2018
6. Góry deszczu i słońca
W ślad za Adamem do wyjścia zaczęło się zbierać dziesięciu poskramiaczy. Hermiona również wstała od stołu, zdeterminowana, by pomóc w poszukiwaniach, lecz powstrzymała ją dłoń Charliego zaciskająca się na jej nadgarstku.
— Dokąd idziesz?
Jego głos był zachrypnięty i jednocześnie bardzo głęboki, jak zauważyła Hermiona z niejakim zdziwieniem.
— Chcę im pomóc.
— Nie ma mowy.
— Słucham? — Spojrzała na niego z niedowierzaniem, próbując wyrwać swoją rękę z jego żelaznego uścisku. — Nie ma mowy, nie będziesz mi rozkazywał. Chcę wam pomóc. Jestem pełnoletnia, znam się całkiem nieźle na zaklęciach i obronie przed czarną magią, jestem dużą dziewczynką, więc sobie poradzę.
Cała jej płomienna przemowa nie zrobiła na Charliem żadnego wrażenia. Patrzył na nią ze spokojem, choć był wyraźnie zmęczony. Jego rude włosy były już w zupełnym nieładzie — Hermiona zdusiła w sobie chęć przeczesania ich — a pod oczami miał ciemne sińce; ona zresztą prawdopodobnie też je miała.
— Nigdy nie powiedziałem, że sobie nie poradzisz. — Wolną dłonią chwycił jej drugą dłoń i przyciągnął ją bliżej do siebie, na tyle blisko, żeby stanęła między jego kolanami. Dopiero wtedy puścił jej nadgarstki i przeniósł jedną dłoń na jej talię, a drugą na kark. — Powiedziałem tylko, że nie ma mowy, żebyś tam szła. Nie puszczę cię do lasu na spotkanie ze złodziejami i Merlin jeden wie kim.
— Zabronisz mi? — spytała zadziornie, patrząc mu prosto w oczy i opierając dłonie o jego ramiona dla utrzymania równowagi. Jej serce biło niemożliwie szybko; była pewna, że Charlie to wyczuł, bo praktycznie się do siebie przytulali.
— Tak — odparł ze zniewalającym uśmiechem. Jego palce zaczęły błądzić po jej szyi i z wolna wplątały się w brązowe loki. — Jeśli będzie trzeba, to cię przywiążę, dragă. Albo rzucę na ciebie drętwotę, żeby mieć pewność, że się nigdzie ruszysz, jeśli wolisz to tak rozwiązać. No chyba że mi obiecasz, że tutaj pozostaniesz, hm?
Hermiona przewróciła oczami.
— Nie mogę ci tego obiecać.
— W takim razie wolisz drętwotę czy bycie przywiązaną do krzesła?
— Przestań. Dlaczego musisz się zachowywać jak jakiś jaskiniowiec? Przecież to nie jest nic wielkiego, będzie tam wiele osób, poza tym umiem się bronić. Nic mi się nie stanie.
— Jesteś pewna, że nic ci się nie stanie? Już sobie poparzyłaś ramię. — Charlie przeniósł dłoń z jej talii na obandażowane ramię; nie dotknął go zbyt mocno, lecz Hermiona i tak się skrzywiła, co paradoksalnie sprawiło, że na ustach mężczyzny pojawił się dziwny półuśmiech. — Wciąż jesteś taka pewna siebie, dragă?
— Tak.
— Doskonale, czyli muszę użyć swoich perswazyjnych zdolności, hm?
— Marnujesz czas…
— Nah, zaraz ich dogonię, nie martw się o to. Poza tym w tej chwili bardziej mnie interesuje twoje bezpieczeństwo. Dragă, jestem twoim opiekunem i odpowiadam za twoje dobro. Wiem, że jesteś pełnoletnia, ale w tym Instytucie pozostajesz pod moją opieką i powinnaś mnie bezwzględnie słuchać.
— Myślałam, że kwestia bycia opiekunem dotyczy tylko smoków — odparła wyzywająco, choć już wiedziała, że przegrała bitwę. Charlie był jeszcze bardziej uparty niż ona, a jej własne nogi zadziwiająco miękły pod wpływem jego dotyku oraz słów.
— Chyba nie przeczytałaś umowy z Instytutem — odparł z powagą, ale zaraz wybuchnął śmiechem, gdy zobaczył minę Hermiony. — Żartowałem, nie było żadnej umowy. Ale było warto spróbować.
— Mówił ci już ktoś, że jesteś diabłem wcielonym? — spytała słodko Hermiona, próbując się wydostać spomiędzy jego kolan. — Puść mnie.
— Chciałbym, żebyś mi najpierw obiecała, że stąd nie wyjdziesz i będziesz tu siedzieć, dopóki nie wrócę. Dragă, robię to dla twojego własnego dobra. Naprawdę nie chcesz znaleźć się w ogniu krzyżowym między dwiema drużynami. Miałaś dosyć wrażeń na dziś. Odpocznij trochę. Poza tym naprawdę nie chciałbym, żeby coś ci się stało, a w terenie nie zawsze byłbym w stanie cię chronić i ci w razie potrzeby pomóc. Więc proszę, obiecaj mi, że tu zostaniesz i nie pójdziesz za nami.
— Tylko wtedy, jeśli ty obiecasz, że wrócisz cały i zdrowy — wymamrotała w odpowiedzi, odrobinę oszołomiona jego szczerością.
— Obiecuję. — Posłał jej szeroki uśmiech. — Wrócę cały i zdrowy. Nie martw się o mnie, dragă.
Hermiona skinęła głową.
— W takim razie obiecuję, że tutaj zostanę.
— Dziękuję. — Tym razem Charlie ją mocno przytulił i nie wypuszczał z objęć przez dłuższą chwilę, więc Hermiona objęła go za szyję, próbując uspokoić swoje mocno bijące serce. — Wybacz, dragă, ale muszę biec do pozostałych. Nie rób niczego głupiego i poczekaj, aż wrócę.
Charlie złożył na jej czole delikatny pocałunek i wypuścił ją wreszcie z objęć, po czym wstał, przeciągnął się niczym olbrzymi kot i ruszył do wyjścia z namiotu, posyłając Hermionie ostatni uśmiech.
W zamian za to do namiotu powrócił Ionel, wyraźnie nachmurzony. Skinął głową pozostałym w namiocie osobom i sam usiadł przy stole, blisko Hermiony.
— Nie idziesz z nimi? — spytała go zaciekawiona.
— Nie. Ktoś musi tutaj zostać i sprawować pieczę nad Instytutem — odparł ze znużeniem. — Adam da sobie radę z dowodzeniem w drugiej drużynie. Zostawił na straży kilka osób ze swojego oddziału, siedzą przy jajach. Chciałbym pójść z nimi, ale po prostu nie mogę. Dla was. Wiem, że też chciałaś pójść. Charlie ma całkiem niezłe zdolności perswazyjne, prawda?
— Niestety — przyznała Hermiona, czerwieniąc się i pragnąc za wszelką cenę uniknąć wzroku Ionela. Była zbyt zażenowana, żeby to zrobić. — Naprawdę mam nadzieję, że wrócą cali i zdrowi. I że uda im się złapać tych złodziei.
— Tak. Ja też.
~~*~~
Adam zebrał ich na skraju lasu, przeczesując nerwowo swoją czuprynę. Towarzyszyło mu pięciu ponurych, odzianych w czerń aurorów, którzy stali z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Żaden z nich się nie odezwał i tylko lustrowali spojrzeniami zgromadzone osoby.
— Mam nadzieję, że wszyscy z was zabrali ze sobą różdżki — odezwał się Adam. — Gdyby się cokolwiek działo, znaleźlibyście złodziei albo ich ślady, wystrzelcie czerwoną flarę. Znacie zaklęcie?
Poskramiacze przytaknęli z pomrukami. Niektórzy już trzymali w dłoniach różdżki, inni dopiero po nie sięgali. Koniec końców osoby tutaj zgromadzone potrafiły sobie radzić z dorosłymi, krnąbrnymi smokami, więc wszyscy byli wprawieni w rzucaniu zaklęć i w walce — niekoniecznie z ludźmi, ale to nie miało większego znaczenia. Cóż mogli zdziałać ludzie w porównaniu z olbrzymimi smokami, które potrafiły latać, zionęły ogniem i w dodatku nie zatrzymywała ich zwykła drętwota, która powaliłaby każdego, nawet dorosłego i potężnego człowieka?
— Mam nadzieję, że wszyscy z was zabrali ze sobą różdżki — odezwał się Adam. — Gdyby się cokolwiek działo, znaleźlibyście złodziei albo ich ślady, wystrzelcie czerwoną flarę. Znacie zaklęcie?
Poskramiacze przytaknęli z pomrukami. Niektórzy już trzymali w dłoniach różdżki, inni dopiero po nie sięgali. Koniec końców osoby tutaj zgromadzone potrafiły sobie radzić z dorosłymi, krnąbrnymi smokami, więc wszyscy byli wprawieni w rzucaniu zaklęć i w walce — niekoniecznie z ludźmi, ale to nie miało większego znaczenia. Cóż mogli zdziałać ludzie w porównaniu z olbrzymimi smokami, które potrafiły latać, zionęły ogniem i w dodatku nie zatrzymywała ich zwykła drętwota, która powaliłaby każdego, nawet dorosłego i potężnego człowieka?
— No dobrze. Plan działania jest taki: będziemy szli równolegle do siebie, każdy w odległości pół kilometra od kolejnej osoby. Strefa antyteleportacyjna rozciąga się na trzy kilometry wokół Instytutu, więc mamy do przeczesania około dziesięciu kilometrów kwadratowych. Musimy poruszać się szybko i sprawnie, bo jest jeszcze szansa, że złodzieje nie dotarli do granicy teleportacyjnej. Jest duża szansa, że mają bazę wypadową gdzieś w lesie. Gdy traficie na złodziei, nie róbcie niczego głupiego czy brawurowego, tylko wezwijcie posiłki, jasne? Jeżeli nikt niczego i nikogo nie znajdzie, spotkajmy się tutaj za cztery godziny. Trzymajcie różdżki w pogotowiu i miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Jakieś pytania? Doskonale, w takim razie powodzenia.
Polowanie rozpoczęło się, gdy tylko weszli do lasu, trzymając w rękach różdżki. Ich końce lśniły wątłym, złotym światłem, gdyż pomiędzy drzewami panowały istne egipskie ciemności i nie było widać więcej niż koniec własnej ręki.
Rozproszyli się, ustawiając się w bardzo krzywą i nieregularną linię. Z całą pewnością nie zachowywali wspomnianego przez Adama pół kilometra dystansu. Charlie pożegnał się skinieniem głowy ze swoimi kolegami i ruszył w głąb lasu, nasłuchując trzasku gałązek i trzymając swoją różdżkę przed sobą. Jej światło odrobinę rozpraszało ciemności; przynajmniej widać było kontury drzew i krzaków.
Wreszcie członkowie ekipy poszukiwawczej oddalili się od siebie na tyle, żeby nie słyszeć siebie nawzajem. Starali się poruszać dość cicho, lecz Charlie był pewien, że łącznie robili tyle hałasu, co słoń stąpający po porcelanie. Już z pewnością cały las wiedział o ich obecności. To będzie prawdziwy cud, jeśli złodzieje jeszcze ich nie usłyszeli i nie uciekli.
Mężczyzna westchnął, rozglądając się dokoła. Bywał wielokrotnie w tym lesie, więc orientował się we własnym położeniu, co nie oznaczało wszakże, że znał tutaj każdy krzaczek i każde drzewko. Za dnia zresztą to miejsce wydawało się bardziej przyjazne, bowiem nad głowami rozciągał się wtedy szmaragdowy baldachim, promienie słońca tańczyły wśród liści i odzywały się radośnie ptaki. Teraz wszystkie zwierzęta spały, słońca nie było, czerń zastąpiła zieleń, a drzewa wyglądały o wiele bardziej złowrogo.
I tak dobrze, że w lesie nie zamieszkiwały żadne magiczne stworzenia — nie to co na przykład w Zakazanym Lesie obok Hogwartu. Tutaj bliska obecność smoków wypłoszyła wszystkie magiczne istoty, i zresztą dzięki za to Merlinowi. Charlie naprawdę nie chciał jeszcze mieć na karku rozwścieczonych pająków czy centaurów traktujących każdy las jak swój własny.
Zaalarmował go trzask gałązek z prawej strony. Szybko skierował tam różdżkę, niemalże dostając zawału, gdy zza kępki paproci wyszedł Gregory, jeden z poskramiaczy przybyłych ze Stanów Zjednoczonych. Charlie znał go w gruncie rzeczy bardziej z widzenia, bo Gregory zajmował się głównie chorymi smokami.
— Na Merlina, Charlie… — Przybysz podskoczył w miejscu, dostrzegając wymierzoną w siebie różdżkę. — To ja, Gregory.
On też najwyraźniej się nie spodziewał spotkać na swojej drodze nikogo znajomego.
— Cześć, Gregory.
— Chyba odrobinę zboczyłem z kursu — przyznał mężczyzna, drapiąc się po głowie i niemal upuszczając swoją różdżkę. — Ciężko w tym lesie trzymać się linii prostej, jak nie ma ścieżek, tylko wszędzie na twojej drodze pojawiają się drzewa i krzaki, które trzeba omijać.
Charlie przytaknął z rozbawieniem, a zaraz potem sobie przypomniał, że z powodu panujących tutaj ciemności Gregory może nie dostrzec jego gestu.
— Masz rację, to rzeczywiście trudne.
Pasjonującą rozmowę przerwały im gromki krzyk i wystrzelona w powietrze ponad lasem czerwona flara. Obaj spojrzeli po sobie, po czym rzucili się w stronę, gdzie w przybliżeniu znajdowało się źródło zamieszania. Charlie prawie sobie skręcił nogę podczas biegu na oślep, więc odrobinę zwolnił, by zwrócić większą uwagę na swoje otoczenie i móc patrzeć pod nogi. Nie tylko on i Gregory zbliżali się już do miejsca, z którego wystrzelono flarę; spomiędzy drzew dobiegały ich kolejne głosy i tupot butów.
Naprawdę robili potężny hałas, poszukiwacze-amatorzy.
Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazały się polana oraz stojąca przy niej mała, drewniana chata. Całą scenę oświetlał blady księżyc. Tuż przed chatą stało kilku poskramiaczy oraz dwóch aurorów z RMSP z różdżkami wycelowanymi w chatę. Powoli zbliżali się do drzwi, zresztą kolejno dołączało do nich coraz więcej osób zgromadzonych dzięki wystrzelonej flarze. Wkrótce przybył Adam i przejął dowodzenie nad operacją.
Na jego polecenie jeden z aurorów krzyknął: „Alohomora!” i drzwi drewnianego domku stanęły otworem z potwornym skrzypieniem. Charliego przeszedł dreszcz.
Weszli do środka z różdżkami w pogotowiu. Chata była mała, więc nie potrzebowali wiele czasu na przeszukanie jej całej — nikogo nie było wewnątrz. Jeden z poskramiaczy zdołał odnaleźć lampy naftowe i je zapalił, żeby nieco bardziej oświetlić pomieszczenia. Ich oczom ukazały się sterty papierów, książki, resztki jedzenia na talerzach na stole.
— Byli tutaj niedawno — obwieścił jeden z aurorów, wypowiadając na głos słowa, które przemknęły przez myśl wielu osobom. — To mogło być jakieś pół godziny temu. Jedzenie jest jeszcze ciepłe. Pozostawili po sobie mnóstwo śladów. Myślę, że złodzieje rezydowali właśnie tutaj i zdążyli tu dotrzeć, zanim uciekli.
Mężczyzna wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcie i zaczął przesuwać różdżkę w niewielkiej odległości od blatu stołu, krzeseł, talerzy i wszystkich innych rzeczy pozostawionych w środku.
— Czyli, teoretycznie rzecz biorąc, jest możliwe, że nie spodziewali się, że tak szybko się zorientujemy, co się stało, i przekonani o chwilowym bezpieczeństwie wrócili tutaj i zaalarmowała ich dopiero nasza obecność w lesie? — spytał zaskakująco trzeźwo Gregory, znowu się drapiąc po głowie. — Skoro jedzenie jest jeszcze ciepłe…
— To bardzo możliwe. — Adam przytaknął. — Do granicy teleportacyjnej jest stąd około kilometra, więc jeśli się pospieszymy, może jeszcze ich złapiemy.
Zakomenderował kilku aurorom, by pozostali na miejscu i zebrali wszystkie możliwe ślady, a sam wyprowadził z chaty pozostałych członków grupy. Razem ruszyli głębiej w las, prowadzeni dzięki małemu, sprytnemu zaklęciu, które wykrywało na ziemi ślady stóp i podświetlało je na fluorescencyjny, niebieski kolor. Teraz już wszyscy biegli, nie troszcząc się zbytnio o hałas, jaki robili — szkoda i tak już została dokonana. Adam biegł na przedzie, prowadząc grupę, a pozostali trzymali się za jego plecami.
Charlie po raz kolejny w życiu cieszył się z tego, że ma dobrą kondycję. Bieg go nie zmęczył i bez problemu dotrzymywał kroku Adamowi, lecz nie o wszystkich członkach ekipy można było powiedzieć to samo. Wielu zwolniło zaledwie po kilkunastu metrach, ciężko dysząc i sapiąc. No tak, nie każda robota w Instytucie wymagała pracy fizycznej.
— Już prawie jesteśmy na miejscu! — krzyknął Adam, jeszcze przyspieszając.
Rzeczywiście, kilka minut później Charlie z Adamem jako pierwsi wypadli z lasu na otwartą przestrzeń, obszar nieobjęty już zakazem teleportacyjnym. Niedaleko na horyzoncie dostrzegli kilka sylwetek, kolejno rozmywających się w powietrzu. Znajdowali się już bardzo blisko, zostało im do przebiegnięcia może dwadzieścia metrów, żeby dopaść złodziei. Przyspieszyli jeszcze bardziej kroku — teraz nawet mięśnie Charliego zaczęły protestować — i o ułamki sekund rozminęli się z ostatnią uciekającą osobą, mężczyzną w średnim wieku. Charlie zdążył rzucić okiem na jego twarz, ale jego palce zdołały tylko otrzeć się o materiał jego kurtki i nie dał już rady wzmocnić uchwytu na tyle, żeby zatrzymać uciekiniera lub chociaż aportować się razem z nim. Zdołał jedynie pochwycić czarną chustkę, którą mężczyzna miał na szyi, zanim złodziej zniknął.
Adam głośno i soczyście zaklął, a potem wydał z siebie sfrustrowany wrzask, podczas gdy Charlie zachował spokój, oglądając ze wszystkich stron chustkę, która została w jego palcach. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał na stojącego nieopodal aurora z RMSP.
— Złapiemy ich — zawyrokował. — Chustka jest podpisana. Poza tym mamy też portret pamięciowy chociaż jednej osoby.
Adam przytaknął, biorąc głęboki wdech.
— Spodziewałem się tego, więc już i tak posłałem informacje do wszystkich państw europejskich, żeby byli uprzedzeni i zaczęli rozsyłać powiadomienia wśród czarodziejów. Poślemy im nazwisko i opis pamięciowy tego ostatniego, może ktoś go wypatrzy na ulicy.
— To dobry pomysł.
— Nie wierzę, że byliśmy tak blisko od ich złapania — wymamrotał Adam, jeszcze zanim zdążyli do nich dołączyć pozostali członkowie grupy zwiadowczej. — Tak blisko…
Charlie wzruszył ramionami.
— Zgaduję, że nie zawsze można tylko i wyłącznie wygrywać. Myślę, że tak czy siak nie uciekną zbyt daleko.
Adam tylko westchnął w odpowiedzi, spoglądając na wyczekujące twarze zgromadzonych wokół nich osób. Nienawidził przekazywania złych wiadomości.
— Uciekli. Wracamy do domu, panowie, czas na odpoczynek. RMSP się zajmie całą resztą.
Droga powrotna przebiegała już w kompletnej ciszy i w towarzystwie pierwszych promieni słońca.
Polowanie rozpoczęło się, gdy tylko weszli do lasu, trzymając w rękach różdżki. Ich końce lśniły wątłym, złotym światłem, gdyż pomiędzy drzewami panowały istne egipskie ciemności i nie było widać więcej niż koniec własnej ręki.
Rozproszyli się, ustawiając się w bardzo krzywą i nieregularną linię. Z całą pewnością nie zachowywali wspomnianego przez Adama pół kilometra dystansu. Charlie pożegnał się skinieniem głowy ze swoimi kolegami i ruszył w głąb lasu, nasłuchując trzasku gałązek i trzymając swoją różdżkę przed sobą. Jej światło odrobinę rozpraszało ciemności; przynajmniej widać było kontury drzew i krzaków.
Wreszcie członkowie ekipy poszukiwawczej oddalili się od siebie na tyle, żeby nie słyszeć siebie nawzajem. Starali się poruszać dość cicho, lecz Charlie był pewien, że łącznie robili tyle hałasu, co słoń stąpający po porcelanie. Już z pewnością cały las wiedział o ich obecności. To będzie prawdziwy cud, jeśli złodzieje jeszcze ich nie usłyszeli i nie uciekli.
Mężczyzna westchnął, rozglądając się dokoła. Bywał wielokrotnie w tym lesie, więc orientował się we własnym położeniu, co nie oznaczało wszakże, że znał tutaj każdy krzaczek i każde drzewko. Za dnia zresztą to miejsce wydawało się bardziej przyjazne, bowiem nad głowami rozciągał się wtedy szmaragdowy baldachim, promienie słońca tańczyły wśród liści i odzywały się radośnie ptaki. Teraz wszystkie zwierzęta spały, słońca nie było, czerń zastąpiła zieleń, a drzewa wyglądały o wiele bardziej złowrogo.
I tak dobrze, że w lesie nie zamieszkiwały żadne magiczne stworzenia — nie to co na przykład w Zakazanym Lesie obok Hogwartu. Tutaj bliska obecność smoków wypłoszyła wszystkie magiczne istoty, i zresztą dzięki za to Merlinowi. Charlie naprawdę nie chciał jeszcze mieć na karku rozwścieczonych pająków czy centaurów traktujących każdy las jak swój własny.
Zaalarmował go trzask gałązek z prawej strony. Szybko skierował tam różdżkę, niemalże dostając zawału, gdy zza kępki paproci wyszedł Gregory, jeden z poskramiaczy przybyłych ze Stanów Zjednoczonych. Charlie znał go w gruncie rzeczy bardziej z widzenia, bo Gregory zajmował się głównie chorymi smokami.
— Na Merlina, Charlie… — Przybysz podskoczył w miejscu, dostrzegając wymierzoną w siebie różdżkę. — To ja, Gregory.
On też najwyraźniej się nie spodziewał spotkać na swojej drodze nikogo znajomego.
— Cześć, Gregory.
— Chyba odrobinę zboczyłem z kursu — przyznał mężczyzna, drapiąc się po głowie i niemal upuszczając swoją różdżkę. — Ciężko w tym lesie trzymać się linii prostej, jak nie ma ścieżek, tylko wszędzie na twojej drodze pojawiają się drzewa i krzaki, które trzeba omijać.
Charlie przytaknął z rozbawieniem, a zaraz potem sobie przypomniał, że z powodu panujących tutaj ciemności Gregory może nie dostrzec jego gestu.
— Masz rację, to rzeczywiście trudne.
Pasjonującą rozmowę przerwały im gromki krzyk i wystrzelona w powietrze ponad lasem czerwona flara. Obaj spojrzeli po sobie, po czym rzucili się w stronę, gdzie w przybliżeniu znajdowało się źródło zamieszania. Charlie prawie sobie skręcił nogę podczas biegu na oślep, więc odrobinę zwolnił, by zwrócić większą uwagę na swoje otoczenie i móc patrzeć pod nogi. Nie tylko on i Gregory zbliżali się już do miejsca, z którego wystrzelono flarę; spomiędzy drzew dobiegały ich kolejne głosy i tupot butów.
Naprawdę robili potężny hałas, poszukiwacze-amatorzy.
Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazały się polana oraz stojąca przy niej mała, drewniana chata. Całą scenę oświetlał blady księżyc. Tuż przed chatą stało kilku poskramiaczy oraz dwóch aurorów z RMSP z różdżkami wycelowanymi w chatę. Powoli zbliżali się do drzwi, zresztą kolejno dołączało do nich coraz więcej osób zgromadzonych dzięki wystrzelonej flarze. Wkrótce przybył Adam i przejął dowodzenie nad operacją.
Na jego polecenie jeden z aurorów krzyknął: „Alohomora!” i drzwi drewnianego domku stanęły otworem z potwornym skrzypieniem. Charliego przeszedł dreszcz.
Weszli do środka z różdżkami w pogotowiu. Chata była mała, więc nie potrzebowali wiele czasu na przeszukanie jej całej — nikogo nie było wewnątrz. Jeden z poskramiaczy zdołał odnaleźć lampy naftowe i je zapalił, żeby nieco bardziej oświetlić pomieszczenia. Ich oczom ukazały się sterty papierów, książki, resztki jedzenia na talerzach na stole.
— Byli tutaj niedawno — obwieścił jeden z aurorów, wypowiadając na głos słowa, które przemknęły przez myśl wielu osobom. — To mogło być jakieś pół godziny temu. Jedzenie jest jeszcze ciepłe. Pozostawili po sobie mnóstwo śladów. Myślę, że złodzieje rezydowali właśnie tutaj i zdążyli tu dotrzeć, zanim uciekli.
Mężczyzna wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcie i zaczął przesuwać różdżkę w niewielkiej odległości od blatu stołu, krzeseł, talerzy i wszystkich innych rzeczy pozostawionych w środku.
— Czyli, teoretycznie rzecz biorąc, jest możliwe, że nie spodziewali się, że tak szybko się zorientujemy, co się stało, i przekonani o chwilowym bezpieczeństwie wrócili tutaj i zaalarmowała ich dopiero nasza obecność w lesie? — spytał zaskakująco trzeźwo Gregory, znowu się drapiąc po głowie. — Skoro jedzenie jest jeszcze ciepłe…
— To bardzo możliwe. — Adam przytaknął. — Do granicy teleportacyjnej jest stąd około kilometra, więc jeśli się pospieszymy, może jeszcze ich złapiemy.
Zakomenderował kilku aurorom, by pozostali na miejscu i zebrali wszystkie możliwe ślady, a sam wyprowadził z chaty pozostałych członków grupy. Razem ruszyli głębiej w las, prowadzeni dzięki małemu, sprytnemu zaklęciu, które wykrywało na ziemi ślady stóp i podświetlało je na fluorescencyjny, niebieski kolor. Teraz już wszyscy biegli, nie troszcząc się zbytnio o hałas, jaki robili — szkoda i tak już została dokonana. Adam biegł na przedzie, prowadząc grupę, a pozostali trzymali się za jego plecami.
Charlie po raz kolejny w życiu cieszył się z tego, że ma dobrą kondycję. Bieg go nie zmęczył i bez problemu dotrzymywał kroku Adamowi, lecz nie o wszystkich członkach ekipy można było powiedzieć to samo. Wielu zwolniło zaledwie po kilkunastu metrach, ciężko dysząc i sapiąc. No tak, nie każda robota w Instytucie wymagała pracy fizycznej.
— Już prawie jesteśmy na miejscu! — krzyknął Adam, jeszcze przyspieszając.
Rzeczywiście, kilka minut później Charlie z Adamem jako pierwsi wypadli z lasu na otwartą przestrzeń, obszar nieobjęty już zakazem teleportacyjnym. Niedaleko na horyzoncie dostrzegli kilka sylwetek, kolejno rozmywających się w powietrzu. Znajdowali się już bardzo blisko, zostało im do przebiegnięcia może dwadzieścia metrów, żeby dopaść złodziei. Przyspieszyli jeszcze bardziej kroku — teraz nawet mięśnie Charliego zaczęły protestować — i o ułamki sekund rozminęli się z ostatnią uciekającą osobą, mężczyzną w średnim wieku. Charlie zdążył rzucić okiem na jego twarz, ale jego palce zdołały tylko otrzeć się o materiał jego kurtki i nie dał już rady wzmocnić uchwytu na tyle, żeby zatrzymać uciekiniera lub chociaż aportować się razem z nim. Zdołał jedynie pochwycić czarną chustkę, którą mężczyzna miał na szyi, zanim złodziej zniknął.
Adam głośno i soczyście zaklął, a potem wydał z siebie sfrustrowany wrzask, podczas gdy Charlie zachował spokój, oglądając ze wszystkich stron chustkę, która została w jego palcach. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał na stojącego nieopodal aurora z RMSP.
— Złapiemy ich — zawyrokował. — Chustka jest podpisana. Poza tym mamy też portret pamięciowy chociaż jednej osoby.
Adam przytaknął, biorąc głęboki wdech.
— Spodziewałem się tego, więc już i tak posłałem informacje do wszystkich państw europejskich, żeby byli uprzedzeni i zaczęli rozsyłać powiadomienia wśród czarodziejów. Poślemy im nazwisko i opis pamięciowy tego ostatniego, może ktoś go wypatrzy na ulicy.
— To dobry pomysł.
— Nie wierzę, że byliśmy tak blisko od ich złapania — wymamrotał Adam, jeszcze zanim zdążyli do nich dołączyć pozostali członkowie grupy zwiadowczej. — Tak blisko…
Charlie wzruszył ramionami.
— Zgaduję, że nie zawsze można tylko i wyłącznie wygrywać. Myślę, że tak czy siak nie uciekną zbyt daleko.
Adam tylko westchnął w odpowiedzi, spoglądając na wyczekujące twarze zgromadzonych wokół nich osób. Nienawidził przekazywania złych wiadomości.
— Uciekli. Wracamy do domu, panowie, czas na odpoczynek. RMSP się zajmie całą resztą.
Droga powrotna przebiegała już w kompletnej ciszy i w towarzystwie pierwszych promieni słońca.
~~*~~
Pierwsze promienie słońca ukazywały się nieśmiało ponad górami, kiedy Hermiona wyszła z namiotu, by rozprostować nogi. W tamtych okolicach musiało całkiem niedawno padać, ponieważ ponad jednym ze szczytów unosiła się tęcza. Ten widok odrobinę poprawił dziewczynie humor, a w dodatku czyste, górskie powietrze odrobinę ją orzeźwiło i pozwoliło jej pozbyć się senności. Potrzebowała tego, ponieważ już się słaniała na nogach. Nawet wypite dwie kawy jej szczególnie nie pomogły.
Usiadła na jednej z ławek pod namiotem i wyprostowała nogi, pozwalając sobie nacieszyć się widokiem wschodzącego słońca.
Minęły już cztery godziny, odkąd ekipa poskramiaczy i aurorów wyruszyła do lasu. Hermiona zaczynała się coraz bardziej niepokoić, lecz jeszcze nie traciła nadziei. Podczas gdy niektórzy poskramiacze udali się do łóżek, ona i Ionel pozostali w namiocie, wiedząc, że i tak nie będą mogli zasnąć.
— Chcesz jeszcze kawy?
Ławka ugięła się pod ciężarem drugiej osoby, a pod nos Hermiony został podstawiony kubek wypełniony parującą kawą. Przyjęła go z wdzięcznością i spojrzała na siedzącego obok niej Ionela.
— Dziękuję. — Przez dłuższą chwilę panowała cisza, lecz Hermiona szybko ją przerwała: — Myślisz, że wrócą niedługo?
— Myślę, że tak. Minęły już cztery godziny, więc lada moment powinni wrócić.
Dziewczyna przytaknęła ze zrozumieniem, lecz wciąż nie przestawała nad tym rozmyślać. Coś jej nie pasowało, jakby coś utknęło w jej pamięci, ale nie mogła tego za żadną cenę przywołać. To było dość irytujące uczucie.
Nagle sobie coś uprzytomniła i oblał ją zimny pot.
— Hej… Czy przez bramę w murze okalającym strefę dorosłych i chorych smoków może przejść każdy?
— Nie. Tylko osoby, którym osobiście zezwolę na dostęp. Jest takie zaklęcie rzucane na drzwi… To rumuński wynalazek. Zezwala osobie rzucającej zaklęcie na podanie nazwisk osób, które mają prawo wstępu. Dodałem was tam przed waszym przyjazdem. Czemu pytasz?
— Tak się teraz zaczęłam zastanawiać… Jak to się w ogóle stało, że Isean uciekł? Przecież macie naprawdę dobre magiczne zabezpieczenia każdego z boksów, więc nie wierzę, żeby wydostał się samodzielnie. Sprawdziliście to?
— Tak — przyznał Ionel. — Nie znaleźliśmy w boksie żadnej dziury, bariera jest szczelna i zamknięta. Myślisz, że ktoś…
— To jedyne logiczne wyjaśnienie. Skoro bariera nie została naruszona, to znaczy, że ktoś samodzielnie otworzył boks i wypuścił Iseana na wolność. A skoro przez bramę mogą przejść tylko osoby, którym przydzielisz dostęp…
— …to znaczy, że ktoś z Instytutu musiał współpracować ze złodziejami.
— Dokładnie. Myślę, że macie tutaj szpiega.
niedziela, 22 lipca 2018
5. Buntowniczy ptak
Koło drugiej w nocy Hermionę obudziły wrzaski oraz potężne ryki. Zerwała się z łóżka, decydując się na szybkie założenie dżinsów. Wybiegła z namiotu już bez kurtki, za to z różdżką w ręce, i skierowała się w stronę, z której dobiegał hałas. Nie ona jedna to zrobiła — przed nią już biegło kilku poskramiaczy, parę osób też już wybiegało z namiotu i zrywało się do biegu. Wszyscy mieli różdżki w rękach i zacięte miny na twarzach. Nie wróżyło to niczego dobrego.
Ryki dobiegały zza obozowiska, z lasu. Wkrótce Hermiona zbliżyła się na tyle, żeby zobaczyć źródło całego tego zamieszania — czarnego hebrydzkiego smoka szalejącego po lesie i tratującego drzewa. To był ten sam, którego spotkała pierwszego dnia, ten sam, który poprzedniego popołudnia ryczał, pragnąc wydostać się na wolność. Isean. Teraz mu się to jakimś cudem udało i smok żadną miarą nie chciał się uspokoić. Walczył z więzami, które narzuciło mu na szyję kilku poskramiaczy i trzepotał ogromnymi skrzydłami, pragnąc wzbić się w niebo i uciec. Zionął ogniem, wypalając okrąg ziemi oraz spalając kilka drzew. Pożar został szybko ugaszony przez kilka różdżek, a Isean zdołał zerwać część więzów i poskramiacze z trudem go utrzymywali.
Hermiona ostrożnie podeszła bliżej, trzymając różdżkę w pogotowiu. Zimne listopadowe powietrze przyprawiało ją o ciarki, kiedy podchodziła coraz bliżej, chcąc pomóc poskramiaczom, ale zupełnie się nie przejęła brakiem kurtki. Pod jej butami trzaskały gałęzie, kiedy uskakiwała przed strumieniami ognia i krzyczała zaklęcia gaszące pożar. Nie mogli dopuścić do rozprzestrzenienia się ognia, bo wtedy będą mieli na karku nie dość, że rozszalałego, agresywnego smoka na wolności, to jeszcze pożar całego, calutkiego lasu.
Dostrzegła wśród walczących parę znajomych osób — Ionela, Daniela, Charliego i Alejandrę. Próbowała do nich podejść, żeby im pomóc, ale salwy ognia skutecznie jej to uniemożliwiały. Mogła jedynie bezradnie obserwować, jak poskramiacze posyłają strumienie zaklęć w kierunku smoka, chcąc go oszołomić i uspokoić. Żadne nie zadziałało; Isean rozsierdził się jeszcze bardziej i ponownie zionął ogniem, tym razem celując w mężczyzn trzymających więżące go liny. Musieli odskoczyć i na chwilę wypuścili liny z rąk. Smok natychmiast skorzystał z okazji, żeby im uciec, tratując wszystko po drodze. Zatrzepotał skrzydłami i już miał się wzbić w powietrze, kiedy kilka kolejnych lin go zatrzymało i przygwoździło do ziemi. Tym razem poskramiaczom udało się spętać również jego nogi, więc smok runął bezradnie na ziemię, posyłając ostatnią porcję ognia w miejsce, gdzie stała Hermiona wraz z paroma innymi osobami zajmującymi się niwelowaniem skutków smoczego buntu. Nie wszyscy zdążyli uskoczyć w porę. Dwóch poskramiaczy oraz Hermiona oberwało ogniem; dziewczyna stała bardziej na brzegu, więc poparzyła sobie jedynie w ramię, za to druga osoba wzięła większość pocisku na siebie i oberwała w szyję oraz klatkę piersiową. Trzecia osoba, drobna blondynka, upadła na ziemię, próbując ugasić swoją nogawkę, która zajęła się ogniem. Hermiona szybko wyczarowała strumień wody i pomogła poskramiaczce uporać się z płonącym ubraniem. Drugi poskramiacz, mężczyzna na oko koło czterdziestki, już też się zdążył pozbierać. Miał oparzoną szyję, lecz nie wyglądał na zbyt przejętego tym faktem. Zapewne oparzenia już nie robiły na nim żadnego wrażenia, zresztą i tak miał na sobie kilka warstw ognioodpornej skóry — w przeciwieństwie do Hermiony.
Teraz nie dość, że było jej zimno, bo nie wzięła kurtki, to jeszcze miała całe poparzone ramię i powoli zaczynała odczuwać ból z niego płynący.
Podczas gdy poskramiaczom udało się wreszcie rzucić zaklęcie uspokajające Iseana, Hermiona stała z boku i się przyglądała z podziwem, jak pracują. Szło im to naprawdę szybko i sprawnie, podczas gdy smok tylko na nich groźnie i ponuro łypał swoimi oczami. Wreszcie kilku z nich użyło zaklęcia lewitującego, żeby przetransportować Iseana z powrotem do obozu i umieścić go w boksie.
Hermiona była ciekawa, co zamierzają zrobić z tym, że smok się wyrwał na wolność. Alejandra powiedziała jej, że wszystkie części koła mają tak zabezpieczone granice, że żaden smok nie może się przez nie przedostać. Więc co, w boksie Iseana była jakaś dziura? Bariery nie zadziałały?
Skrzywiła się, kiedy ramię zaczęło mocniej piec, i schowała różdżkę do kieszeni, by wolną dłonią osłonić teraz nieco ranę od chłodnego wiatru. Zastanawiała się, czy da radę dotrzeć o własnych siłach do swojego namiotu, czy zemdleje po drodze.
— Jesteś cała?
Podniosła głowę, by ujrzeć przed sobą Charliego. Miał rozpuszczone, poczochrane włosy i nieco pobrudzoną twarz, ale poza tym wyglądał jak zwykle perfekcyjnie nawet w znoszonym, czarnym podkoszulku i skórzanej kurtce, którą zwykle nosił.
Ostrożnie przytaknęła, zaciskając zęby. Jej ramię naprawdę pieruńsko bolało. Oparzyła się już drugi raz podczas swojego pobytu w Instytucie, a wciąż nie mogła się do tego przyzwyczaić. Naprawdę nie rozumiała, jakim cudem poskramiacze mogli znosić oparzenia z tak stoickim spokojem.
— Oparzyłaś się?
Charlie delikatnie dotknął jej nadgarstka, uważnie przyglądając się spustoszeniom zadanym przez ogień. Westchnął.
— To boli — wyszeptała Hermiona.
— Wiem. Oparzenia zawsze bolą. — Charlie wypuścił jej dłoń z uścisku i ściągnął swoją kurtkę, żeby narzucić ją na ramiona Hermiony. Dziewczyna nawet nie zauważyła, że się zaczęła trząść. — Co w ogóle sobie myślałaś, przychodząc tutaj?! Nie powinno cię tu w ogóle być! Doświadczeni poskramiacze mieli problem z ujarzmieniem Iseana, a ty tak po prostu…
— Usłyszałam wrzaski i ryk, więc nie mogłam tak po prostu wrócić do łóżka i iść spać dalej bez sprawdzenia, co się stało — zaprotestowała słabo Hermiona, odpychając nieco Charliego i próbując zwiększyć dystans między nimi. Jego obecność zdecydowanie nie pomagała w logicznym myśleniu. — Myślałam, że to jakiś atak. Nie mogłam zostać w namiocie. Poza tym przecież nie angażowałam się w poskramianie Iseana, tylko pomagałam z daleka. Nic mi nie jest, Charlie, to tylko oparzone ramię, więc przestań na mnie krzyczeć.
Charlie przejechał dłonią po twarzy, wyraźnie się poddając.
— Chodź, trzeba to opatrzyć — powiedział w końcu. — Ionel zwołał naradę w namiocie kuchennym, więc możemy zgarnąć po drodze bandaże i maść i tam pójść. Dasz radę iść sama czy mam cię ponieść?
— Dam radę pójść sama — odparła Hermiona przez zaciśnięte zęby. Charlie to dostrzegł, lecz nic nie powiedział. Jedynie objął ją w talii, pomagając iść, co przyjęła z wdzięcznością.
Wśród ogólnego harmidru dotarli do obozowiska i po drodze do kuchni zajrzeli do namiotu medycznego, gdzie krzątało się już kilka magomedyczek opatrujących rany poskramiaczy. Wszystkie miały ręce pełne roboty i wszystkie możliwe krzesła w namiocie były pozajmowane. Hermiona nie sądziła, że aż tyle osób zostało poszkodowanych podczas tego buntu Iseana.
— Pomóc wam w czymś? Jesteście ranni? — spytała ich najbliższa magomedyczka, opatrująca nogę tego samego mężczyzny, który oberwał w tym samym momencie, co Hermiona.
— Nie, dzięki, Maggie, poradzimy sobie. Gdybym tylko mógł poprosić o czysty bandaż i maść…
— Jasne, weź sobie z szafki. Jeszcze jakieś powinny być.
Kobieta wskazała ruchem głowy szafki mieszczące się w kącie i Charlie skinął głową. Kazał Hermionie poczekać przy wejściu, a sam udał się po potrzebne przybory. Wrócił zaledwie chwilę później i znowu objął dziewczynę, chociaż już się poczuła lepiej i pewniej na własnych nogach. Przynajmniej już nie miała wrażenia, że za chwilę zemdleje, mroczki zniknęły sprzed oczu, chociaż ramię nadal bardzo bolało, zupełnie jakby ogień wciąż parzył. Hermiona najchętniej wsadziłaby je teraz do bardzo lodowatej wody, żeby jakoś uśmierzyć ból. Zacisnęła mocniej zęby.
— Wytrzymaj jeszcze chwilkę, zaraz będziemy na miejscu — dobiegł ją głos Charliego. Mężczyzna ostrożnie poprowadził ją w stronę wyjścia z namiotu i później ścieżką do kuchni.
W środku kłębiło się co najmniej kilkanaście osób i wszyscy się nawzajem przekrzykiwali, wyraźnie wzburzeni. Charlie posadził Hermionę blisko szczytu stołu, gdzie Ionel rozmawiał z kilkoma innymi pracownikami Instytutu, i sam usiadł okrakiem po jej prawej stronie na ławie.
— Hermiono, wszystko w porządku, moja droga?
Ionel przerwał rozmowę, żeby móc się zwrócić do Hermiony. Dziewczyna doceniła ten gest.
— Oparzyłam się, ale poza tym wszystko w porządku — odparła z nieco wymuszonym uśmiechem. — Auć!
Tym razem nie zdołała wyrwać Charliemu swojego ramienia, gdy maść zetknęła się z jej skórą. Tym razem Charlie trzymał ją mocniej, nauczony doświadczeniem. Hermiona nie wiedziała, co bardziej boli — oparzenie czy aplikacja maści. Poczuła łzy zbierające się w kącikach oczu.
— Za chwilę przestanie boleć, dragă, ale musisz mi pozwolić to posmarować — powiedział jej do ucha Charlie, wolną dłonią odgarniając z jej czoła mokre od potu kosmyki i kciukiem wycierając łzy. Jego rude włosy okalały jego twarz, gdy pochylał się do przodu. — Dobrze?
Hermiona szybko przytaknęła. Wiedziała, że teraz nie może krzyczeć, więc musiała skupić swoją uwagę na czymś innym niż na bólu i palcach Charliego błądzących po jej skórze. Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu, próbując podsłuchać rozmowy toczące się dokoła niej. Wszystko docierało do niej jakby przez mgłę.
— Moi drodzy, uprzejmie proszę o ciszę! — zawołał dosłownie sekundę później Ionel, dostarczając to, czego Hermiona tak pragnęła — odwrócenie uwagi. — Mam dla was ważne wieści, więc proszę, żebyście posłuchali.
Jak na komendę w namiocie zapadła cisza. Wszystkie rozmowy ustały, a ludzie odwrócili się w stronę dyrektora, chociaż Ionel wcale nie mówił tak głośno.
— Dziękuję — powiedział z uśmiechem, lecz szybko spoważniał. — Przede wszystkim serdecznie wam dziękuję za szybką reakcję i opanowanie Iseana. Udało nam się szybko to opanować i dziękuję wszystkim za sprawne działanie. Umieściliśmy go na razie w jego poprzednim boksie, bowiem musimy dokładnie sprawdzić drugi i dowiedzieć się, jakim sposobem udało mu się uciec. Mam jednak gorszą wiadomość.
Hermiona zesztywniała, kiedy Charlie znów zaczął nakładać maść na jej skórę, ale gdy się skupiła na słowach Ionela, ból aż tak bardzo nie dokuczał. Dopiero gdy jego palce dotarły na środek ramienia, w miejsce, gdzie rana była szczególnie dokuczliwa, drgnęła i syknęła. Charlie momentalnie odsunął rękę, czekając, aż ból nieco przejdzie.
— Przepraszam — powiedział cicho.
— …jajo zostało skradzione.
I Charlie, i Hermiona jednocześnie zwrócili głowy w stronę Ionela, myśląc, że się przesłyszeli. Nie byli jedynymi osobami, które zareagowały podobnie; pomieszczenie znowu wypełniło się szmerem głosów.
— Jedno z jaj z naszej hodowli zostało skradzione dzisiaj w nocy — powtórzył cierpliwie Ionel, unosząc rękę. — Najwyraźniej Isean miał odwrócić naszą uwagę, żeby złodzieje mogli wykraść jajo. Wezwałem już Rumuńskie Magiczne Siły Specjalne, będą niedługo na miejscu i zajmą się przeszukiwaniem terenu i zabezpieczaniem śladów. Jest jeszcze szansa, że złodzieje jeszcze nie uciekli daleko.
— Kto mógł to zrobić? — zabrał głos jeden z pracowników, którego Hermiona nie znała z imienia. — Myślisz, że była to zorganizowana.
— Tak mi się wydaje, podejrzewam, że jest to szajka złodziei kradnących smocze jaja, ale na razie nie chcę snuć żadnych przypuszczeń. Chciałbym poczekać z tym na oddział z RMSP. Są fachowcami, będą w stanie dowiedzieć się czegoś więcej.
Ionel wyglądał, jakby w jednej chwili mu przybyło lat. Wydawał się bardzo zmęczony. Noc była długa dla wszystkich, ale to na nim ciążyła odpowiedzialność za cały Instytut i za dobro smoków. A teraz jedno z powierzonych mu jaj zostało skradzione… Hermionie ścisnęło się serce.
Korzystając z okazji, Charlie skończył smarować maścią jej ramię, czego dziewczyna nawet nie zauważyła. Spojrzała na niego dopiero wtedy, gdy zaczął je obwiązywać bandażem. Skupił się na zadaniu, lecz miał usta zaciśnięte w wąską kreskę i zmarszczone czoło, więc najwyraźniej przetrawiał słowa Ionela.
Tym razem odezwała się Alejandra:
— I co teraz? Będziemy bezczynnie siedzieć i czekać?
Ionel przytaknął, opierając dłonie o blat stołu.
— Niestety tak. Musimy poczekać, aż agenci z RMSP tutaj dotrą. Powinno im to zająć maksymalnie pół godziny. Rozmawiałem z nimi dosłownie dziesięć minut temu, więc pewnie za około dwadzieścia minut do nas dotrą. W międzyczasie spróbujcie, proszę, trochę odpocząć, rozprostujcie nogi, wypijcie herbatę, a ja was wezwę, gdy będzie coś wiadomo.
Po tym oświadczeniu dyrektor opuścił gabinet, a w ślad za nim udało się kilka kolejnych osób. Większość jednak została na miejscu, zajmując wolne miejsca przy stołach i pogrążając się w cichych dyskusjach. Hermiona dostrzegła w kącie Daniela wraz z Anne, ale nigdzie w pobliżu nie było ich opiekunów. Alejandra wstawiła wodę na herbatę i przygotowała parę kubków, a później dosiadła się do Charliego i Hermiony, wręczając im naczynia z ciepłym napojem. Hermiona przyjęła swój kubek z wdzięcznością, lecz Charlie ledwo ją tknął, pochłonięty rozmową z mężczyzną, którego dziewczyna nie znała. Hermiona nawet nie zdążyła mu podziękować za zajęcie się jej ramieniem; już przestało tak bardzo boleć, czuła jedynie tępe pulsowanie.
— Wszystko się pokomplikowało, co nie? — odezwała się do niej Alejandra, wpatrując się tępo w stół. — Wiedziałam, że takie szajki kradnące jaja krążą po świecie i wypatrują okazji, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek dotknie to i naszego Instytutu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy z tym problemów i przez to chyba wszyscy nie pomyśleli o tej możliwości.
— Nie możecie się obwiniać — powiedziała cicho Hermiona, dotykając ramienia starszej kobiety. — To nie wasza wina. Wykonywaliście tylko swoje obowiązki, chcieliście złapać smoka, zanim wyrządzi więcej szkód. To zrozumiałe, że nikomu nie przyszło do głowy, że to może być podstęp i że ktoś skorzysta z okazji. Jesteśmy przecież na odludziu…
Hiszpanka przytaknęła bez przekonania, ale dotknęła dłoni dziewczyny wciąż spoczywającej na jej ramieniu.
— Dziękuję, Hermiono. To naprawdę wiele dla mnie znaczy.
— Chociaż tyle mogę zrobić.
Gdy kilka minut później w namiocie ponownie zjawił się Ionel, tym razem w towarzystwie szczupłego, lecz wyraźnie umięśnionego mężczyzny, ubranego w luźne, mugolskie ubrania — czarną koszulkę, odrobinę zdarte spodnie i wysokie buty. Na oko Hermiony miał może dwadzieścia kilka lat, zresztą na jego twarzy również widniał chłopięcy, nieco łobuzerski uśmiech, choć w oczach widniała powaga. Jego czarne włosy były krótko przycięte i sterczały na wszystkie strony, jakby dopiero co wstał z łóżka.
— Kochani — zaczął Ionel, skutecznie przyciągając uwagę zebranych. — Przedstawiam wam aurora z RMSP, Adama Mardare. Wraz z ośmioma innymi aurorami pozostanie z nami przez najbliższy czas, żeby rozwiązać tę sprawę.
— Dzień dobry wszystkim — odezwał się sam zainteresowany, lekko się kłaniając. — Mam nadzieję, że uda nam się szybko rozwiązać sprawę i ująć złodziei. Będę niezmiernie wdzięczny za współpracę, więc jeśli widzieli państwo coś niezwykłego w ostatnich dniach, coś, co mogłoby nam jakkolwiek pomóc w ujęciu złodziei, będę wdzięczny za informację. Każdy szczegół może być ważny, więc proszę, nie wahajcie się mi tego powiedzieć, najlepiej teraz. Każda sekunda jest cenna, zarówno dla nas, jak i dla złodziei.
Wielu poskramiaczy przytaknęło lub wymamrotało pod nosem „okay”, niektórzy jednak się nie poruszyli — między innymi Charlie, wpatrujący się z wrogością w przybysza. Hermiona jedynie uniosła brwi, odwracając się w jego stronę.
— Nie podoba mi się to wszystko — wymamrotał cicho w odpowiedzi. — Coś jest nie tak, czuję to.
— Cóż, wszakże ktoś nam ukradł jajo sprzed nosa. Faktycznie coś jest nie tak — odparła sarkastycznie Hermiona. — Jestem pewna, że RMSP będzie działać szybko i sprawnie oraz że odnajdą tych złodziei.
Charlie chciał jej coś odpowiedzieć, lecz ponownie przerwał mu Ionel:
— Kochani, wiem, że to była długa noc, ale proszę was jeszcze o chwilę cierpliwości. Czy naprawdę nikt z was nie zauważył niczego szczególnego, co mogłoby nam pomóc w poszukiwaniach złodziei? — spytał z nadzieją, spoglądając po zgromadzonych. — Wiem, że zdecydowana większość rzuciła się na pomoc przy poskramianiu Iseana, ale czy naprawdę nikt nie zauważył kogoś wychodzącego z namiotu małych smoków, gdy biegł do nas? Nikt nie zauważył niczego podejrzanego?
Odpowiedziała mu całkowita cisza. Tym razem nikt się nie odezwał. Poskramiacze spoglądali po sobie ze zmarszczonymi brwiami, lecz najwyraźniej żaden sobie nie przypomniał żadnych niepokojących szczegółów.
— Myślę, że Isean na wolności był jedyną rzeczą, o której ludzie wówczas myśleli, mój drogi — odezwała się z sarkazmem Alejandra, uderzając pięścią w stół. — Raczej nikt nie zwracał uwagi na inne namioty i raczej się nie rozglądał. Wszyscy pobiegli prosto do Iseana. W tym rozgardiaszu trudno kogokolwiek o to winić.
— Nikogo nie obwiniam — powiedział ze spokojem Ionel, unosząc dłonie. Zmartwienie wyryło głębokie zmarszczki w jego twarzy. — Szukam jedynie informacji. Będziemy musieli operować na ślepo, ale mam nadzieję, że z pomocą RMSP zdołamy zlokalizować skradzione jajo. Chcielibyśmy zorganizować wyprawę poszukiwawczą. Chcielibyśmy przeczesać teren w promieniu kilku kilometrów…
— Czekajcie — odezwał się nagle Daniel, wstając ze swojego miejsca przy stole. W nerwowym geście zmierzwił sobie włosy. — Nie myślałem, że to może być ważne, ale… Widziałem kilka postaci kręcących się przy namiocie małych smoków. Było daleko, ciemno, więc nie widziałem ich dobrze. Myślałem, że to poskramiacze. Udali się potem w stronę lasu, ale na zachód, w przeciwnej stronie do Iseana. Wiem, że to nie jest wiele, ale…
— Nie, to jest już bardzo dużo, bo zawęża obszar poszukiwań — odezwał się Adam, robiąc krok naprzód i opierając ręce o blat stołu, podobnie jak wcześniej Ionel. — Bardzo dziękuję za tę informację. Czy pamiętasz, ilu ich było?
Daniel zawahał się.
— Kilka osób. Może cztery, pięć… Nie wiem.
— W porządku. Dziękuję. Moi współpracownicy już badają ślady w namiocie, więc być może powiedzą coś więcej. Chcielibyśmy zorganizować wyprawę poszukiwawczą. Jest jeszcze szansa, że uda nam się ich złapać. Jeśli ktoś pragnie się do nas przyłączyć, zapraszam, ale nikogo nie zmuszam. Wiem, że jesteście zmęczeni. To ciężka noc. Kto chciałby z nami pójść? Będziemy również potrzebować pomocy przy strzeżeniu jaj. Nie sądzę, żeby nasi złodzieje spróbowali się zakraść ponownie, lecz myślę, że nie warto sobie później pluć w brodę.
Po jego słowach do góry podniosło się kilkanaście rąk.
Format mi się tu ciut rozwalił, więc przepraszam! Ostatnio zapomniałam o opublikowaniu rozdziału również na blogu, więc jeśli ktoś chce mieć pewność, że nie przegapi nowego rozdziału, to niech zajrzy na Wattpada: hop! Rozdziały w każdy piątek. ;)
czwartek, 12 lipca 2018
4. Korona stworzenia
Unikanie kogoś, kto jest twoim opiekunem podczas twojego pobytu w smoczym sanktuarium, jest niebywale trudnym zadaniem, jeśli nie niemożliwym. Hermiona wiedziała, że jest to skazane na niepowodzenie, a jednak wciąż próbowała się wymknąć. Obudziła się tego dnia z ogromnym kacem i ledwo wstała z łóżka. Najchętniej przespałaby cały dzień, lecz wiedziała, że jeśli się nie pojawi na śniadaniu, ktoś z pewnością po nią przyjdzie. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, zwlokła się z ciepłego posłania, wzięła szybki prysznic i założyła czyste rzeczy, obiecując sobie, że nie będzie za bardzo myśleć o nieszczęsnym pocałunku i będzie unikać Charliego jak tylko się da.
Problem tkwił w tym, że nie mogła zapomnieć o poprzedniej nocy, o tym, jak się pocałowali, mając nad sobą błyszczące niebo, jak lśniły w ciemności jego oczy, jak ciepła była jego skóra, gdy dotykał jej twarzy. Wszystko to łącznie sprawiało, że momentalnie się rumieniła. Ten pocałunek był niewątpliwie najlepszy w jej życiu, nawet jeśli była pijana i nie odpowiadała za to, co robi. Nie żałowała niczego, chociaż teraz miała ochotę się spalić ze wstydu. Rany. Przecież pocałowała swojego opiekuna, do tego o wiele starszego od niej, i to brata jej najlepszego przyjaciela… Już nie wspominając o tym, że się cholernie upiła tego wieczoru. Jak miała mu teraz spojrzeć w oczy?
Nie przyznałaby się do tego głośno, ale najbardziej bała się jego reakcji, tego, że powie, że to nic nie znaczyło i oboje powinni o wszystkim zapomnieć. Miałby, oczywiście, rację, co racjonalna część umysłu Hermiony musiała przyznać, lecz z drugiej strony dziewczyna miała nadzieję, że jednak ten jeden głupi pocałunek znaczył dla niego coś więcej niż tylko przelotny całus dopiero co poznanej dziewczyny, w dodatku pijanej, o którym trzeba tylko zapomnieć.
Ostatecznie postanowiła, że najlepiej będzie udać, że niczego nie pamięta, i zobaczyć, czy sam Charlie coś wspomni o tym, co się wydarzyło poprzedniego wieczora. Jeśli to przemilczy, sprawę będzie można uznać za zamkniętą.
Sięgnęła po eliksir na kaca, który zapakowała właściwie przez przypadek. Nie piła nigdy zbyt wiele, zwłaszcza jeśli wiedziała, że kolejnego dnia czekają ją obowiązki szkolne lub jakieś inne, ale jej przyjaciół często dotykał poimprezowy kac, w związku z czym zawsze na wszelki wypadek nosiła przy sobie buteleczkę z eliksirem przeciwdziałający negatywnym skutkom wypicia zbyt dużej ilości alkoholu. To był właściwie pierwszy raz, kiedy sama musiała z niego skorzystać.
Gorzki napój palił w przełyku, lecz działał błyskawicznie — ból głowy natychmiast zelżał i Hermiona poczuła, że może jakoś funkcjonować i ruszyć na śniadanie.
W namiocie kuchennym spotkała tak samo zmęczonych jak ona pracowników Instytutu, co jednak nie przeszkadzało im w wymienianiu się żarcikami i szturchańcami. Najwyraźniej tylko Hermiona wypiła na tyle dużo, żeby miała teraz kaca. Na szczęście w środku nie było Charliego, więc nieuniknione rendez—vous mogło jeszcze poczekać.
Gryfonka usiadła ze smętną miną obok Alejandry, przywitana współczującymi uśmiechami. Zignorowała to i nałożyła sobie na talerz ciemny chleb, pomidory i sałatę, zdecydowana nie rozmawiać o pośmiewisku, jakie z siebie zrobiła poprzedniego wieczoru.
— Hermiono, co dzisiaj robisz?
Alejandra pochyliła się w jej stronę, błyskając białymi zębami. Jej talerz był już całkowicie pusty, podobnie jak większości osób jeszcze siedzących w namiocie.
— Jeszcze nie wiem — odparła z wahaniem. — To zależy, co Charlie wymyślił na dzisiaj. Podejrzewam, że znowu pójdziemy do małych smoków. Miały się uczyć latać.
— Och. Tak, to już najwyższy czas. Ja mam dzisiaj dyżur przy chorych smokach, więc jak skończysz pracę, możesz do mnie wpaść. Zakładam, że jeszcze nie miałaś okazji z nimi pracować? Wpadnij, pokażę ci parę fajnych rzeczy.
— Jeszcze nie miałam okazji pracować w ogóle z dorosłymi smokami, bo podobno najlepiej zacząć od inicjacji przy małych smokach. — Hermiona ugryzła pierwszy kęs swojej kanapki, więc jej kolejne słowa były niewyraźne. — Ale chętnie wpadnę. Może ty mi chociaż przekażesz więcej informacji niż Charlie…
Alejandra roześmiała się w odpowiedzi.
— Nie przejmuj się nim, on tak ma. Można się od niego dużo nauczyć, ale nie oczekuj żadnych teoretycznych informacji. On ci prędzej pokaże, jak coś działa, niż to opisze. Już pewnie zauważyłaś, że jest raczej oszczędny w słowach.
— Niestety tak — przyznała dziewczyna, przewracając oczami. — Przyznam, że to jest trochę męczące. Uwielbiam poszerzać swoją wiedzę i uwielbiam zadawać milion pytań, jeśli chcę się czegoś dowiedzieć. A Charlie mi tego nie ułatwia.
— Przyzwyczaisz się. Poza tym to naprawdę świetny nauczyciel, tylko trzeba go… zrozumieć. Wiesz, to nie jest Hogwart, tu nie ma tablic do pisania ani zaklęć do nauki. Większość wiedzy nabywasz podczas wykonywania pewnych czynności, dlatego nie dziw się podejściu Charliego. Jest w tym trochę racji. — Alejandra dopiła swoją herbatę i wstała z ławy, poklepując Hermionę po plecach. — Muszę uciekać do pracy. Wpadnij do mnie, jak już się uporasz z robotą, jaką ci przydzieli Charlie!
— Jasne.
Hermiona pożegnała Alejandrę uśmiechem i wróciła do przeżuwania swojej kanapki.
Ten dzień się wcale nie zapowiadał kolorowo.
*
Namiot małych smoczątek był zupełnie pusty, co oznaczało, że Hermiona miała chwilę dla siebie. Naciągnęła na ręce rękawice z ognioodpornej skóry i podeszła do płotu oddzielającego smoczą przestrzeń od reszty namiotu.
Małe smoki wykluły się całkiem niedawno, a z dnia na dzień rosły coraz bardziej. Już teraz sięgały Hermionie do pasa i jak to dzieci miały zdecydowanie zbyt dużo energii. Hermiona bala się myśleć, co się stanie, gdy już wszystkie nauczą się latać i ziać ogniem. To chyba będzie Armagedon.
— Widzę, że już od rana odwiedzasz małe bestie, dragă.
Podskoczyła w miejscu, słysząc za sobą znajomy głos. Błyskawicznie się odwróciła, jakby przyłapana na gorącym uczynku, chociaż przecież nie zrobiła niczego złego. Nawet nie zdążyła przejść przez furtkę.
— Uhm, tak, chciałam je zobaczyć.
Charlie przytaknął, przechodząc obok niej i otwierając furtkę. Trzymał w lewej dłoni wiadro pełne mięsa.
— Chcesz pomóc?
— Jasne. — Hermiona weszła w ślad za swoim opiekunem do wyznaczonej strefy i pogłaskała jednego ze smoków, który momentalnie się przy niej znalazł. — Co mam zrobić?
— Weź trochę mięsa i pomóż mi w karmieniu tych bestii. Zawsze są okropnie głodne rano.
Charlie posłał jej uśmiech, od którego stanęło jej serce. Szybko się jednak pozbierała i sięgnęła do wiadra, ciesząc się, że już założyła rękawice. Mięso było dość oślizgłe i jeszcze gdzieniegdzie nosiło ślady krwi. Smokom zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać, bo zjadały wszystkie kawałki w całości, co do kosteczki. W tej kwestii bardzo przypominały psy rzucające się na jedzenie.
— Więc… Jak się czujesz po wczorajszej imprezie?
Hermiona spodziewała się tego pytania, ale nie była na nie przygotowana. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć Charliemu, więc przez dłuższą chwilę dalej kucała, głaszcząc zielonego walijskiego smoka po głowie.
— Myślę, że wypiłam za dużo — przyznała wreszcie, spoglądając na Charliego. Gdy spostrzegła, że na nią patrzy, odwróciła wzrok. — Nie pamiętam zbyt wiele, ale rano bolała mnie głowa. Musiałam wypić eliksir na kaca.
To przedostatnie zdanie było tylko częściowo kłamstwem. Hermiona pamiętała wszystko, całą, calutką noc, ale za nic w świecie nie przyznałaby się do tego Charliemu. No i rano rzeczywiście bolała ją głowa, więc przecież nie skłamała całkowicie, prawda?
— Och. Nadal cię boli?
— Nie, już nie.
— To dobrze. — Charlie przytaknął, odgarniając z twarzy rude kosmyki. Uśmiechał się. — W takim razie możemy brać się do roboty. Jesteś gotowa?
— Jasne.
Niezręczny moment przeminął i Hermiona mogła się całkowicie pogrążyć w pracy. Małe smoki były wdzięcznym obiektem do badań — co oznaczało, że dziewczyna robiła dużo notatek ze wszystkiego, czego się zdołały nauczyć — i do tego były całkiem grzeczne oraz posłuszne. No, może nie licząc faktu, że spaliły na popiół jedną z bezcennych kartek z notatnika Hermiony.
Robiły naprawdę szybkie postępy w lataniu. Kilka z nich już potrafiło się unieść w górę na kilka sekund, w czym zresztą pomagały im kolejne kawałki mięsa rzucane za dobrze wykonane zadanie.
Hermiona przez chwilę się czuła jak dumna matka obserwująca swoje dzieci.
— Są niesamowite, prawda? — wyszeptał jej do ucha Charlie jakieś czas później, stając niebezpiecznie blisko. Hermiona odrobinę zesztywniała; nie chciała, żeby jej własne ciało ją wydało.
— Prawda. — Przytaknęła. — Są bardzo mądre, szybko się uczą.
Charlie uśmiechnął się szeroko i wreszcie — dzięki Merlinowi — się odsunął. Posłał Hermionie nieodgadnione spojrzenie, po czym znów spojrzał na baraszkujące na ziemi smoki.
— Cieszę się, że tak uważasz. Słyszałem, że Alejandra chciała ci pokazać szpital dla naszych chorych smoków…
— Tak. Wydaje się to interesujące.
— Interesujące? — Charlie potarł brodę. — Raczej bym tak nie powiedział. To jest bardziej… deprymujące. Smoki są pięknymi stworzeniami i patrzenie na ich cierpienie po prostu boli. Uwielbiam im pomagać w wyzdrowieniu, ale to mimo wszystko boli.
— Rozumiem — przyznała Hermiona szczerze. Odchrząknęła, wahając się, czy dodać coś więcej. — Chodziło mi raczej o to, że to intrygujące z naukowego punktu widzenia. Wiesz, że uwielbiam wszystko notować i analizować. Gorąco chcę im pomóc, oczywiście, chcę się nauczyć, jak to robić, ale wciąż nie mogę się powstrzymać przed analizowaniem tego, wiesz, przed tworzeniem strategii, notatek, procedur i tak dalej. To silniejsze ode mnie.
Właściwie nigdy się nie przyznała do tego na głos, ale wiedziała, że te słowa są szczerą prawdą.
— Wiem. Nie martw się, świat też potrzebuje analityków do ulepszania naszego systemu pomocy smokom. — Charlie puścił do niej oko. — Skończyliśmy pracę na dziś, więc możesz uciekać do Alejandry, jeśli chcesz. Dam radę tu sam posprzątać.
— Na pewno?
Niepewnie założyła zabłąkany kosmyk włosów za ucho.
— Na pewno. Idź.
— Okej. To do zobaczenia na kolacji.
*
Tym razem musiała przejść przez drzwi w murze, żeby dotrzeć do miejsca pracy Alejandry. Jak się okazało, był to namiot w żółto-czerwone paski, stojący na uboczu, tuż przed okręgiem znaczącym koło, w którym mieszkały dorosłe smoki.
Hermiona weszła do środka z wahaniem, nie wiedząc, czego się spodziewać. Trzymała dłoń blisko różdżki, gotowa do wyjęcia jej w każdej chwili. Na szczęście do tego nie doszło, bo dostrzegła nieopodal wejścia Alejandrę. Kobieta nuciła coś pod nosem i krzątała się przy szafkach, najwyraźniej przygotowując jakąś maść.
— Cześć, Hermiono! Widzę, że zdołałaś się urwać wcześniej.
Alejandra nawet się do niej nie odwróciła, więc Gryfonka odrobinę się zdziwiła, że kobieta wie o jej obecności. Musiała mieć bardzo czuły słuch albo jakiś szósty zmysł. Westchnęła z rozbawieniem i podeszła bliżej, żeby podejrzeć, nad czym Hiszpanka właśnie pracuje.
— Cześć. Co robisz?
— Eliksir Słodkiego Snu w wersji smoczej. Wyjmij mi, proszę, fiolkę z pierwszej z brzegu szafki. Tak, z tej. Dowolną fiolkę, rozmiar nie ma znaczenia. Dziękuję. No. Składniki są praktycznie takie same, tylko w zwiększonych dawkach i z dodatkiem soku z mandragory. Eliksir musi być po prostu mocniejszy niż ten dla nas, bo smoki są o wiele silniejszymi bestiami niż my i potrzeba więcej mocy, żeby je uśpić. Możesz pomieszać? Cztery razy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, dwa zgodnie.
— Jasne.
Alejandra wręczyła Hermionie kolbę wypełnioną fioletowym płynem oraz łyżeczkę, a sama zaczęła szperać w szufladach mieszących się pod blatem, zasłanym różnej maści naczyniami, eliksirami, maściami i książkami. Jakim cudem kobieta była w stanie się odnaleźć w tym bałaganie, przechodziło pojęcie Hermiony.
Chwilę później Hiszpanka z satysfakcją zamknęła szufladę, trzymając w garści kilkanaście gałązek waleriany.
— Fantastycznie, bardzo ci dziękuję. Połóż kolbę na blacie. Dziękuję.
Teraz Alejandra zabrała się za kruszenie rośliny na drobny proszek, po czym wrzuciła to wszystko do kolby. Fioletowy eliksir zabulgotał z satysfakcją, a Hiszpanka zmrużyła oczy, zamyślając się.
— Pomieszać? — spytała Hermiona.
— Jeśli masz ochotę, to proszę bardzo. — Alejandra oparła się o blat, podczas gdy Hermiona chwyciła łyżeczkę i ostrożnie pomieszała wywar zgodnie ze wskazówkami Hiszpanki. — Dodałam już wszystkie składniki, więc eliksir będzie gotowy po zamieszaniu. Potem tylko trzeba będzie go podać.
— Komu chcesz go podać? W sensie czemu chcesz go dać smokowi?
— Jest niespokojny — wyjaśniła cicho kobieta, zakładając ręce na piersi. — Muszę nastawić mu nogę, ale nie mogę tego zrobić, bo za bardzo wierzga. Prawdopodobnie ją złamał, bo nie może ustać, tylko kuśtyka i przez większość czasu leży. Zostawiliśmy go w jego boksie, bo pewnie by nie zniósł przeniesienia. Pójdziemy do niego później, bo jeszcze muszę się zająć jednym smokiem, zanim zapomnę to zrobić.
Hermiona przytaknęła ze zrozumieniem.
— Jak to się w ogóle stało, że sobie uszkodził nogę?
— Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Nie jesteśmy w stanie monitorować wszystkich smoków dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc tak naprawdę nie wiem, co się takiego wydarzyło. Ich boksy są bardzo duże, to praktycznie oddzielne światy, więc nie wiem, mógł na coś nastąpić i się przewrócić, niefortunnie upaść, albo wpadł w jakiś dół podczas gonienia niewinnego zwierzaczka… Nie mam pojęcia.
Alejandra wzruszyła ramionami i odwróciła się w stronę Hermiony, konstatując, że eliksir ma już prawidłową barwę.
— Skończyłam — oznajmiła Gryfonka.
— Fajnie. Dzięki za pomoc. Zakorkuj, proszę, później go weźmiemy. Najpierw pójdziemy odwiedzić Chiora.
— Chiora?
Kobieta sięgnęła po metalowe, okrągłe pudełko i posłała Hermionie ciepły uśmiech.
— Chiora. Zobaczysz.
*
Jak się okazało, tylna ściana namiotu stanowiła przejście do kolejnych boksów położonych wewnątrz okręgu wyżłobionego w ziemi, mniejszego jednak niż główny okrąg rozciągający się po prawej stronie, w którym przebywały zdrowe i dorosłe smoki, jak zauważyła Hermiona. Całe koło zostało podzielone na części przypominające kształtem kawałki pizzy, wyglądające z góry na dość małe, lecz w rzeczywistości powiększone odpowiednimi czarami. Granice pomiędzy poszczególnymi częściami koła były magicznie wzmocnione, żeby żaden smok nie mógł przejść z jednego boksu do drugiego. Dodatkowo ponad całością rozciągnięto barierę, która uniemożliwiała przedostawanie się do środka kropel wody i chroniła przed warunkami atmosferycznymi.
— Jak się dostaniemy do tych boksów? — spytała Hermiona, marszcząc brwi. Odległość między poziomem namiotu a samymi boksami była dość znaczna, a nigdzie nie było żadnych schodów ani windy.
— Jak to jak? Polatamy sobie trochę!
Alejandra trzymała już w dłoniach dwie miotły i rzuciła jedną z nich Hermionie. Dziewczyna zdołała ją złapać, ale jeszcze długo się w nią wpatrywała z wahaniem. Nie lubiła latać, powiedzmy to sobie szczerze. Siedzenie na miotle przyprawiało ją o mdłości i wolała się teleportować lub użyć proszku Fiuu. Tutaj jednak o kominku mogła zapomnieć, a do tego cały rumuński Instytut znajdował się pod ochroną antyteleportacyjną, która dodatkowo się rozciągała na kilka kilometrów od sanktuarium.
Pozostawały tylko miotły.
— Umiesz latać? — krzyknęła do niej Hiszpanka, która zdążyła już dosiąść swojej miotły. — Bo jeśli nie, to mogę cię wziąć na moją miotłę!
— Umiem. Chyba.
— To wskakuj. To nie jest quidditch, będziemy lecieć tylko przez moment.
Hermiona westchnęła, pozwalając miotle zawisnąć w powietrzu i wspięła się na nią. Była odrobinę wyślizgana, lecz posłuszna, łatwo można było nią sterować. Gryfonka poczuła się odrobinę lepiej.
Poleciała w dół w ślad za Alejandrą, zataczając łagodny łuk i powoli opadając ku ziemi. Wylądowały w jednym z górzysto-leśnych boksów, po czym zsiadły z mioteł. Ledwo to zrobiły, przybiegł do nich truchtem malutki, zielony smok walijski. Łasił się bezwstydnie do Alejandry, natomiast Hermionę początkowo nieufnie obwąchał i dopiero gdy uznał, że wszystko jest w porządku, pozwolił jej się pogłaskać po głowie. Gdy Gryfonka przykucnęła, by znaleźć się bliżej niego, zauważyła, że jedno z jego oczu jest przymknięte, podczas gdy drugie lśniło pięknym, złotym kolorem. Jego łuski też miały równie piękną barwę — były soczyście zielone, jak wiosenna trawa.
— Hermiono, to jest Chior. Chior, to jest Hermiona.
Smok radośnie zaskrzeczał, zupełnie jakby zrozumiał słowa Alejandry. Potem przykucnął na ziemi i jednym okiem przyglądał się obu kobietom z wyraźną ciekawością.
— Jest piękny.
— To prawda — przyznała Alejandra, wyciągając z kieszeni maść. — I jest chyba najszczęśliwszym smokiem na świecie, chociaż jest bardzo chory.
— Co mu się stało?
— Jego matka zaraziła się smoczą wersją wirusa grypy, zanim zdążyła znieść jaja. Z tego miotu przeżył tylko jeden smok, właśnie Chior, ale urodził się karłowaty. Ma trzydzieści trzy lata, a zatrzymał się na etapie rozwoju smoczego dziecka.
— Och — wyrwało się Hermionie.
— Do tego jest ślepy na prawe oko. Dlatego je przymyka. Lewe funkcjonuje normalnie. — Alejandra posłała dziewczynie ciepły uśmiech. — Nie martw się, Chior naprawdę jest jedną małą kulką szczęścia. Chyba nawet sobie nie zdaje sprawy z tego, jak wiele stracił. To zresztą ulubiony smok Ionela, on sam mu nadał imię i się nim opiekował, gdy się urodził.
— Nic dziwnego. Rzeczywiście jest piękny.
— No dobrze, możemy się wziąć do roboty. To jest maść przyspieszająca gojenie — Alejandra pokazała Hermionie maść spoczywającą wewnątrz metalowego pudełka i podeszła do czekającego grzecznie Chiora — i można ją aplikować bezpośrednio na rany. Chior ma małą ranę na ogonie, zobacz. Podejrzewamy, że buszował gdzieś wśród kamieni, zaklinował się i nie mógł się wydostać, ale jakoś się wyszarpnął i sobie zadrapał ogon.
Rzeczywiście, na ogonie znajdowała się niewielka, różowa rana, którą Alejandra szybko posmarowała maścią. Smok drgnął, wyraźnie czując ból, ale się nie ruszył, zresztą chwilę później na jego pysku pojawiło się coś zbliżonego do uśmiechu.
— No, już wszystko dobrze, mi amor. — Alejandra z dumą poklepała go po głowie. — Jeszcze tylko jeden dzień smarowania i wszystko się dobrze zagoi. Jesteś bardzo dzielny.
Chior w odpowiedzi zerwał się na równe nogi, zrobił kółko, jakby gonił własny ogon, po czym zniknął z powrotem za drzewami, pozostawiając kobiety same sobie. W międzyczasie Hiszpanka schowała pudełko z maścią do kieszeni i wzięła swoją miotłę. Hermiona właśnie podnosiła z ziemi własną miotłę, gdy usłyszały ryk dochodzący z dużego okręgu. Był naprawdę głośny i sprawił, że ptaki z pobliskiego lasu poderwały się do lotu.
— Co to było?
— Och, to tylko Isean, nasz kochany buntowniczy ptak. Codziennie o tej porze zaczyna ryczeć, bo chciałby polatać, ale nie może, bo ogranicza go bariera ponad całym kołem — wyjaśniła ze spokojem Alejandra. — Jest odrobinę agresywny, ale spokojnie, nie wydostanie się. I tak dostał największy boks ze wszystkich smoków, jakie tu mamy. O, to zresztą ten sam smok, którego tutaj widziałaś podczas pierwszego dnia.
— Serio?
— Serio. Nie bój się, to nic takiego.
Hermiona nie była zbyt przekonana, ale wskoczyła na miotłę i podążyła w ślad za Alejandrą. Wkrótce ich oczom ukazał się większy okrąg. Faktycznie po jednej z części miotał się czarny smok, którego Hermiona widziała już wcześniej. Zaryczał ostatni raz i opadł z powrotem na ziemię, po czym dumnie odmaszerował do lasu.
— Widzisz? Już się uspokoił.
Hermionę opanowały bardzo złe przeczucia.
*
Wieczorem Hermiona zabrała książkę i ruszyła do namiotu kuchennego na herbatę. Pora kolacji minęła już jakiś czas temu, więc dziewczyna liczyła na to, że będzie miała chwilę świętego spokoju i będzie mogła poczytać.
W namiocie rzeczywiście nie spotkała nikogo, ale cisza nie trwała zbyt długo, bowiem gdy tylko Hermiona zdołała usiąść przy stole z książką i herbatą, do środka wszedł Daniel. Wyglądał, jakby przyszedł prosto od smoków — jego ubrania nosiły ślady smoczego ognia, ramiona były zadrapane, a twarz ubrudzona. Nawet jego jasne włosy nosiły ślady niedawnych zmagań.
— Emily ci nie odpuszcza, co? — spytała Hermiona z rozbawieniem, patrząc, jak Daniel wstawia wodę na herbatę i przeciera twarz chusteczką.
W odpowiedzi posłał jej zmęczony uśmiech.
— Niestety nie. Mam już dosyć. Chcesz herbaty?
— Nie, dzięki, jeszcze mam. Cóż, ja na szczęście nie mam aż tak wymagającego opiekuna…
Daniel parsknął śmiechem i usiadł naprzeciwko Hermiony z kubkiem herbaty w ręce.
— Jestem pewien, że jeszcze odszczekasz swoje słowa, moja droga.
— Nie sądzę, nie sądzę. To jak ci się w ogóle podoba praca z Emily? — spytała ostrożnie, upiwszy łyk swojej herbaty.
— Jest w porządku, chyba. Znaczy no dobra, jest wymagająca i najchętniej chyba mnie by przeczołgała pod tymi smokami, najlepiej w błocie, nie ma też zbyt przyjemnego charakteru, ale zna się na rzeczy i ma sporą wiedzę dotyczącą smoków. A ty? Jak ci się podoba twój opiekun?
Daniel posłał jej oczko, całkowicie celowo zadając jej dwuznaczne pytanie. Hermiona się zaczerwieniła i uderzyła go w ramię, prychając głośno.
— Przestań. Jest w porządku, chociaż jak na mój gust przekazuje mi zbyt mało wiedzy. W sensie na większość moich pytań odpowiada „zobaczysz”, zamiast normalnie, po ludzku wyjaśnić, w czym rzecz. Ale poza tym jest naprawdę w porządku.
— Więc ci się podoba.
— Nawet nie zaczynaj. — Hermiona pogroziła mu palcem. — Tak przy okazji, czy już się zastanowiłeś, za jaką cenę byłbyś skłonny udostępnić mi swój album ze smokami?
— Ach, że też jeszcze o tym pamiętasz… Jestem pod wrażeniem.
— Nigdy nie zapominam o książkach.
— No tak, wszystko jasne… Przyniosę ci ją, ale pod warunkiem, że dasz mi całusa.
Hermionę dosłownie zamurowało. Przez sekundę rozważała nawet, czy nie dać Danielowi z liścia, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Przecież w gruncie rzeczy jej do niczego nie zmuszał. Wcale nie musiała mieć tego albumu, mogła przecież równie dobrze podpytać innych poskramiaczy — na pewno któryś z nich będzie miał egzemplarz i go udostępni bez żadnych dziwacznych żądań.
Z drugiej strony Hermiona nie zamierzała dać Danielowi satysfakcji z tego, że stchórzyła.
— Stoi. Przynieś książkę.
Daniel spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale zaraz na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Szybko wstał od stołu i wyszedł z namiotu, pozostawiając niedopitą herbatę. Powrócił zaledwie dziesięć minut później, po raz kolejny przerywając Hermionie lekturę. Tym razem trzymał w dłoniach album z okładkami ze skóry i tłoczonym, ozdobnym tytułem. Podał ją Gryfonce.
— Proszę bardzo.
Hermiona z wdzięcznością przyjęła album, położyła go na stole obok swojej własnej książki i wreszcie pocałowała Daniela w policzek.
— Dziękuję!
— Hej! To nie był całus… — zaprotestował Daniel, patrząc na nią z wyrzutem, podczas gdy ona się już zabrała za ostrożne przerzucanie kartek albumu.
— To był całus. Nie sprecyzowałeś, gdzie mam cię pocałować.
Tym razem to ona puściła do niego oko, po czym z książkami pod pachą i herbatą w ręce wyszła z namiotu.
Hermiona 1, Daniel 0.
Poza nowym rozdziałem mam dla Was dwie dobre wiadomości! :D W sumie to nawet trzy! Pierwsza jest taka, że udało mi się wreszcie przełamać artblocka i pisanie tego rozdziału poszło zadziwiająco szybko. Po drugie — zrobiłam sobie wreszcie dokładną rozpiskę każdego pojedynczego rozdziału i wiem, co i kiedy powinno się wydarzyć, dlatego więcej już nie powinnam mieć takich koszmarnych artblocków. Znalazłam również obrazki do mediów do każdego rozdziału, także jestem z siebie dumna. :D Z tym się wiąże również trzecia dobra wiadomość: od tej pory powinnam zacząć regularnie publikować. Prawdopodobnie ustalę częstotliwość dodawania rozdziałów na dwa tygodnie, bo napisanie pojedynczej części jednak zabiera trochę czasu, z planem wydarzeń czy bez, więc jeden tydzień może mi nie wystarczyć. Chyba że uda mi się uzbierać zapas, wtedy zacznę wrzucać co tydzień. Rozdziałów nie będzie tak dużo, bo, jak mówiłam, nie chcę robić z tego opka tasiemca, ale mam nadzieję, że ich długość Wam to wynagrodzi, bo staram się, żeby każda część miała co najmniej te osiem stron w Wordzie (Georgia, 11). Jeszcze nie wiem, w jaki dzień tygodnia będę dodawać kolejne rozdziały - jakieś propozycje? :D Buziaki i do następnego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)